Cyrk medialny

W porannym programie „Zapraszamy do Trójki” dziennikarz zwrócił się do rzecznika Kupieckich Domów Towarowych z pytaniem, jak będą przebiegać protesty kupców. Ten odpowiedział, że nie dojdzie do żadnego cyrku medialnego. Ale doszło.

Dziennikarze potrafią robić transmisje pod hasłem „relacja z miejsca, w którym nic się nie dzieje”. Czy równie dobrze idzie im realizowanie programu, gdy dzieje się dużo, a nawet za dużo? Nadmiar wrażeń potrafi negatywnie wpłynąć nawet na najbardziej doświadczonego reportera.

W związku z transmisją protestu kupców z KDT, oglądanie telewizji TVN24 jest dziś wyjątkowo frustrujące. W pierwszym odruchu pomyślałam, że to wina nieudolnie prowadzonej transmisji i tego, że rozemocjonowany reporter się nie spisuje, bo powinien mieć trochę więcej dystansu do relacjonowanych wydarzeń.

Obejrzałam jeszcze kilka minut transmisji i zmieniłam zdanie. Nawet gdyby postawić tam kamerę i zostawić ją w spokoju, to tej relacji „na żywo” i tak nie dałoby się oglądać. Uczestnicy wydarzeń bardzo dobrze radzą sobie z organizacją „cyrku medialnego” i dziennikarz nie jest im do niczego potrzebny. Kamera by wystarczyła.

Na ile postawa reportera może wpłynąć na sposób odbioru relacjonowanych wydarzeń? Czy dziennikarz używający określeń „dantejskie sceny”, „histeria” i „piekło”, jest w stanie wpłynąć na podniesienie poziomu emocji u widzów? A czy dziennikarz relacjonujący wydarzenia w tonie chłodnym i opanowanym te emocje ostudzi?

Pierwsza postawa z pewnością wpływa na to, że nikt nic nie wie, ale są emocje. Coś się dzieje i wszyscy dzięki transmisji „na żywo” mogą w tym uczestniczyć. Druga postawa jest bardziej profesjonalna, ale być może mniej wiarygodna dla widza przyzwyczajonego przez tabloidowe media do emocjonalnego stylu.

Czasem relacje „na żywo” mają niewiele sensu i powodują jedynie chaos w głowach widzów. Dowodem są wypowiedzi, jakie pojawiają się na forach internetowych. Z relacji w portalach internetowych i w telewizji odbiorcy najwyraźniej niewiele się dowiedzieli.

Żeby zebrać informacje, zweryfikować je i sensownie przedstawić, trzeba mieć przynajmniej chwilę. A transmisja „na żywo” rządzi się swoimi prawami. Wszystko pojawia się na antenie „jak leci” – bezsensowne i dezinformujące wypowiedzi również.

Całe szczęście, że od czasu do czasu w stacji TVN24 pojawiają się informacje ekonomiczne, bo inaczej można by pomyśleć, że centrum świata znajduje się pod KDT i poza protestem kupców nic się nie dzieje. TVN24 nie zaskakuje, za to prowadzący platformę blogową Blox.pl tryskają nowymi pomysłami.

W serwisie Gazeta.pl, pod relacją z protestu kupców, pojawiło się ogłoszenie: „Uwaga, blogerzy: Blox.pl ogłasza konkurs na relację”. Na czym polega konkurs? Organizatorzy informują: „Jeśli masz swoje zdanie na temat tego, co się tam dzieje, napisz o tym na swoim blogu. Skomentuj te wydarzenia, my pokażemy Twój tekst na stronie głównej Gazeta.pl w dziale »Blogi«”. Skoro politycy „lansują się” przy okazji protestów, to w końcu blogerzy też mogą.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Jaka misja?

To zastanawiające, że media publiczne, które najgorzej realizują wyznaczoną im misję, finansowo radzą sobie najlepiej, a dogorywają media, które w stu procentach misję realizują. Czy protesty, apele i spotkania są w stanie cokolwiek w tej sprawie zmienić?

Rzecznik Praw Obywatelskich, Janusz Kochanowski, wyszedł z propozycją zorganizowania spotkania przy „okrągłym stole”. Mieliby wziąć w nim udział między innymi przedstawiciele ministerstwa kultury, posłowie z komisji kultury, przedstawiciele Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i oczywiście przedstawiciele II Programu Polskiego Radia - bo rozmowy mają dotyczyć przede wszystkim tragicznej sytuacji radiowej „Dwójki”.

II Program Polskiego Radia nie nadaje reklam, nie przynosi dochodów, ma niewielki udział w rynku stacji radiowych i z marketingowego punktu widzenia jest to stacja nadająca się do odstrzału.

Pracownicy radiowej „Dwójki” protestują, bo nakłady na funkcjonowanie rozgłośni są zbyt niskie, wpływy z abonamentu spadły i stacja nie jest w stanie realizować swoich zadań. Ciekawe, że najmniejsze wsparcie finansowe ma właśnie ta stacja, która w pełni realizuje misję mediów publicznych. (Swoją drogą - zbyt rzadko dostrzegana jest przepaść w sposobie realizowania misji mediów publicznych przez Polskie Radio i przez Telewizję Polską).

Ciągłe wezwania do płacenia abonamentu, jakie słychać na antenach wszystkich stacji Polskiego Radia, nie przyniosły i nie przyniosą rezultatu. Są po prostu spóźnione. Odbiorcom mediów abonament coraz częściej kojarzy się z produkcją kiczowatych programów telewizyjnych i z kontraktami gwiazdorskimi. Starania władz, by znieść abonament, również nie sprzyjają jego ściągalności.

Sytuacja mediów publicznych nie zmieni się, moim zdaniem, niezależnie od losów „Ustawy medialnej”, o której się tak często dyskutuje. Inny sposób finansowania mediów publicznych nie musi bowiem przełożyć się na poziom programów. Dlaczego? Otóż problemem pozostanie dysponowanie pieniędzmi i rozliczanie się z przyznanych funduszy.

Dopóki środki przeznaczone na realizowanie misji mediów publicznych będą wydawane na teleturnieje telewizyjnej „Dwójki”, nie będzie wystarczało pieniędzy na produkcję audycji radiowej „Dwójki”.

Nie ma pomysłu na to, jak powinno funkcjonować Polskie Radio, a zwłaszcza II Program. Słychać różne pomysły, łącznie z tym, by audycje radiowej „Dwójki” włączyć do ramówek innych stacji, a sam II Program zlikwidować. Do tego raczej nie dojdzie, bo byłoby to działanie zbyt kontrowersyjne.

Prawdopodobnie radiowa „Dwójka” będzie dalej funkcjonować (wegetować?) w oparciu o skromne dotacje, dzięki czemu fikcja wspierania mediów realizujących misję będzie się umacniać.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Pozorne rozdwojenie

Karolina Korwin-Piotrowska udzieliła obszernego wywiadu miesięcznikowi „Press”. Rozmowa dotyczy między innymi serwisu Plejada.pl, programu „Magiel towarzyski” i oczywiście - polskich celebrytów. Paradoksalnie najciekawszy moment rozmowy to ten, gdy Korwin-Piotrowska wzdycha i czeka na następne pytanie.

Była redaktor naczelna „Sukcesu” zna przemysł medialny od podszewki. Ma bogate doświadczenia związane z pracą w prasie, w radiu, w telewizji, a teraz zajmuje się też internetowym serwisem Plejada.pl. Coraz częściej jest jedną z pierwszych osób proszonych o opinię odnośnie wydarzeń w świecie medialno-rozrywkowym. Nie wszystkim jednak odpowiadają jej komentarze.

Korwin-Piotrowska nie należy do osób, którym brakuje słów. Mówi barwnie, potrafi celnie dobierać puenty, bywa ironiczna i sarkastyczna. Jednak cięty język przysparza jej więcej wrogów niż zwolenników w polskim szoł-biznesie. Przez Michała Wiśniewskiego została nazwana „ścierwem” i pewnie nie jest to jedyne obraźliwe określenie, jakie zostało skierowane pod jej adresem.

Powodem szczególnych kontrowersji jest program „Magiel towarzyski”, który Karolina Korwin-Piotrowska prowadzi z Tomaszem Kinem w TVN Style. Nie szczędzi tu krytycznych uwag, zwłaszcza osobom „znanym z tego, że są znane”, często pojawiającym się w tabloidach.

Karolina Korwin-Piotrowska stara się uzyskać wizerunek osoby surowo i obiektywnie oceniającej polski szoł-biznes. I tu pojawia się pewien zgrzyt. Prowadzenie Plejady pod egidą TVN-u jakoś się z tym obiektywizmem kłóci.

Właśnie tego problemu dotyczyło pytanie, na które trudno było odpowiedzieć Korwin-Piotrowskiej. Dziennikarka zapytała: „W Plejadzie ma Pani rzeczywisty wpływ na to, co się ukazuje? Zastanawiająco dużo i pozytywnie piszecie o TVN-ie”. Odpowiedź, a właściwie brak odpowiedzi, opisano jako: „Najpierw cisza, potem westchnienie”.

W „Maglu towarzyskim” dziennikarka krytykuje celebrytów, ustawia się w opozycji do świata tabloidów. W serwisie Plejada.pl ta sama osoba siedzi po uszy w tym świecie. Sama Korwin-Piotrowska wyraźnie oddziela to, co robi w „Maglu towarzyskim” od tego, co robi w Plejadzie. Widać tu pewne rozdwojenie. A może jednak nie ma w tym żadnej sprzeczności?

Profesor Wiesław Godzic, medioznawca, twierdzi, że „Magiel towarzyski” nie jest produktem spoza kultury tabloidowej, a stanowi jej wytwór. Można o tym przeczytać w jednym z rozdziałów książki „Znani z tego, że są znani. Celebryci w kulturze tabloidów”. Trudno jest być wewnątrz czegoś i jednocześnie oceniać to z zewnątrz – a takiego karkołomnego zadania podjęła się Karolina Korwin-Piotrowska.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Papierowy blog

Blogi coraz częściej wydawane są w wersji książkowej. Na polskim rynku ukazało się kilka (a może już kilkanaście) tego typu wydawnictw. Wkrótce dołączy do nich kolejna pozycja. W formie papierowej zostanie wydany blog „Matki Polki lęki, jęki i Potwory”. Powstaje jednak pytanie, czy jest sens wydawać na papierze dziennik internetowy?

Wydanie blogu w wersji książkowej to główna nagroda w konkursie „Wydamy Ci blog”. Blog „Matki Polki lęki, jęki i Potwory” wybrano z ponad stu zgłoszonych do konkursu. W składzie jury znaleźli się przedstawiciele instytucji: PBI, IBL PAN, WAiP oraz Blox.pl. Nie będzie niespodzianką, jeśli napiszę, że konkurs dotyczył tylko platformy Blox.pl, a głównym organizatorem była Agora.

Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, które podjęły się wydania blogu, będą konkurować między innymi z wydawnictwem W.A.B, które specjalizuje się w wydawaniu współczesnej prozy; wydało na przykład fragmenty blogu Jacka Pałki. Sytuacja jest zastanawiająca, bo Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne mają zdecydowanie inną specjalizację. Być może wydanie blogu „Matki Polki lęki, jęki i Potwory” będzie tylko eksperymentem, a może jest to początek nowego kierunku w działalności wydawnictwa.

Tylko czy jest sens wydawać blogi? Patrząc z praktycznego punktu widzenia, dla wydawnictwa to duże ryzyko. Potencjalnymi czytelnikami książki „Matki Polki lęki, jęki i Potwory” będą czytelnicy blogu „Matki Polki lęki, jęki i Potwory”. A oni już treść przyszłej książki znają. Z pewnością znajdą się nowi czytelnicy, ale czy i oni nie będą woleli pełnej wersji internetowej od okrojonej papierowej?

No właśnie – okrojonej. Blog na papierze nie jest już blogiem. Nie ma tu komentarzy, nie ma linków, nie ma możliwości edycji. Poza tym tekst, jaki znajdzie się w książce, przejdzie przez sito redakcyjne i może być nad miarę uładzony. A przecież siłą tekstów w blogach jest pewien artystyczny nieład.

Człowiek, który decyduje się na wydanie blogu, musi mieć świadomość, że papieru nie skasuje. Tomasz Kwaśniewski, autor „Dziennika ciężarowca”, dziś mówi, że z ironią podchodzi do swojej książki opublikowanej na podstawie blogu. Notatki z dziennika internetowego, które z perspektywy czasu wydają się zbyt naiwne, można skasować. Z książki się nie da.

Hasło konkursu „Wydamy Ci blog” to „szansa na blog na papierze” – tak, jakby papier był czymś wartym wyjątkowych starań. Wygląda na to, że rzeczywiście jesteśmy skłonni traktować media „stare” jako bardziej szlachetne niż „nowe”, bardziej prestiżowe i godne uwagi.

Książki Jacka Pałki są dowodem, że można pogodzić sukces blogu z powodzeniem książki i jedno drugiemu nie przeszkadza. Być może uda się także „Matce Polce”.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Na siedząco, na stojąco, na klęczkach

Dynamiczny sposób prowadzenia „Wiadomości” nie odpowiada widzom telewizyjnej Jedynki. Szefowie programu głowią się, czy dziennikarze mają stać, czy siedzieć. Prezenterzy prawdopodobnie ponownie zasiądą za stołem. Może to i lepiej, bo ostatnimi czasy w programach informacyjnych coraz więcej jest teatru, a coraz mniej wiadomości.

O tym, że być może zajdą kolejne zmiany w sposobie prowadzenia „Wiadomości”, nieoficjalnie dowiedział się Presserwis. Z badań przeprowadzonych przez Telewizję Polską wynika, że odbiorcy nie przyzwyczaili się do nowej, dynamicznej formuły programu. Denerwuje ich to, że prezenterzy stoją lub przechadzają się po studiu. Może więc lepiej będzie „usadzić” prowadzących i uspokoić skołatane nerwy widzów?

Dawniej uczono prezenterów, by ograniczali niepotrzebne ruchy. Po pierwsze dlatego, żeby nie wychodzili z kadru. Po drugie po to, by nie rozpraszali widzów skupionych na odbiorze przekazu. Dziś między jedną a drugą zmianą scenografii, grafiki, widzowie szukają treści. A z tym gorzej, bo forma się rozrosła, a z treścią są problemy.

Nie można zapominać, że w zmianach oprawy programów informacyjnych wyspecjalizował się TVN. Ta stacja przoduje w dynamizowaniu programów za pomocą nowych technologii. Na przykład niedawno TVN24, wzorując się na CNN, wykorzystał „videoportację”. Podczas ostatniego wieczoru wyborczego Inga Rosińska przebywająca w Brukseli „pojawiła się” w warszawskim studiu. Można powiedzieć, że to niepotrzebne udziwnienie, ale trzeba też dodać, że TVN przynajmniej konsekwentnie stosuje podpatrzone na Zachodzie nowinki technologiczne.

TVP nie ma szans na takie wodotryski, jakie funduje sobie TVN, więc „Wiadomości” próbowano zdynamizować poprzez zmianę sposobu prowadzenia programu. Teraz być może nastąpi odejście od tego pomysłu. Zdania widzów wypowiadających się na ten temat w blogach czy na forach internetowych są podzielone. Część z nich nie przyzwyczaiła się do zmian, choć od ich wprowadzenia minął mniej więcej rok. Inni uważają, że dynamiczny sposób prowadzenia sztandarowego programu informacyjnego TVP jest ciekawy i nie należy od niego odchodzić.

Coraz częściej dyskusje o programach informacyjnych nie dotyczą rzetelności, a tego, kto siedzi, kto stoi i na jakim tle. To nie znaczy, że oprawa programu jest nieistotna i nie należy o niej rozmawiać czy jej zmieniać. Każda zmiana związana z oprawą programu przyciąga uwagę odbiorców, ale nie każda jest przez nich akceptowana. Co więcej, nadmiar bezsensownych zmian skutkuje irytacją telewidzów.

Szefowie „Wiadomości”, zamiast rozprawiać o tym, czy prezenter ma stać, czy siedzieć, mogliby zadbać o mniejszą rotację prowadzących i lepszą jakość materiałów reporterskich. Niech będzie na siedząco, na stojąco – właściwie wszystko jedno. Byle nie na klęczkach.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Wojna i dyplomacja

Dziennikarze i blogerzy nie przebierają w słowach. Zdania na temat Kataryny i stanowiska „Dziennika” w jej sprawie są podzielone. Obecną sytuację wiele osób nazywa wręcz wojną dziennikarzy z blogerami. Tymczasem Rada Etyki Mediów wypowiada się na ten temat dyplomatycznie – jak zwykle.

Rada Etyki Mediów wydała oświadczenie, w którym zwróciła uwagę na „niepokojące okoliczności” sprawy Kataryny. Już samo zabranie głosu przez REM świadczy o tym, że istotnie jest „sprawa”, bo organizacja wypowiada się niezbyt często, w kwestiach budzących największe kontrowersje.

W oświadczeniu Rada Etyki Mediów przypomina dziennikarzom (bo chyba niektórzy o tym zapomnieli), że ujawnienie tożsamości autora tekstów pisanych pod pseudonimem, wbrew jego woli, jest „naruszeniem ogólnie przyjętych zasad”. Znajdziemy tu też napomnienia skierowane do blogerów. REM wskazuje na reguły ujęte w Karcie Etycznej Mediów i przypomina, że „poważnym naruszeniem owych zasad jest także publikowanie pod pseudonimem ataków personalnych”. Dostało się i „Dziennikowi”, i Katarynie. Dyplomatycznie.

Kataryna nie pozostała dłużna Radzie Etyki Mediów i w mniej dyplomatycznym tonie odpowiedziała na oświadczenie. Stwierdziła, że Karta Etyczna Mediów jej nie dotyczy, bo odnosi się do dziennikarzy, wydawców, producentów i nadawców. Kim wobec tego jest Kataryna, zdaniem jej samej? Otóż jest tylko czytelnikiem. Dziennikarzem się więc nie czuje.

Publicyści twierdzą, że jeśli blogerzy chcą być traktowani na równi z nimi, powinni ujawniać swoją tożsamość. Tymczasem Kataryna - jak wynika z jej słów - nie ma ochoty wkraczać do świata dziennikarzy i nie chce podporządkować się obowiązującym w nim zasadom.

Przy okazji konfliktu pomiędzy Kataryną a „Dziennikiem” pogłębiła się wzajemna niechęć dziennikarzy i blogerów. Pojawiają się głosy, że publicyści boją się blogerów – obawiają się nie tylko krytyki z ich strony, ale i utraty pozycji jedynych komentatorów życia publicznego. Czy poprzez ujawnienie tożsamości blogerki „Dziennik” chciał pokazać, do kogo należy ostatnie słowo w dyskusji?

W filmie „Stan gry” doświadczony dziennikarz (w tej roli Russell Crowe) mówi z przekąsem, że musi przeczytać kilka blogów, żeby wyrobić sobie opinię na jakiś temat. To oczywiście ironia i próba pokazania światka blogerów jako może i modnego, ale niepoważnego.

Sęk w tym, że coraz częściej ludzie wolą czytać opinie niepoważnych i niepoprawnych politycznie blogerów niż poważnych i przewidywalnych publicystów. Ostatnie słowo w dyskusji należy więc nie do „Dziennika”, nie do Kataryny, ale do czytelników. I to oni zdecydują, kto wygra w tej walce.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Czas na dzieci w reality show

Media branżowe informują o kontrowersjach związanych z reality show „Dorosły na próbę”. Od 3 czerwca będzie go emitować telewizja RTL. Podczas programu nastoletni uczestnicy mają zasmakować dorosłego życia - między innymi opieki nad dziećmi. Program jeszcze nie wszedł na antenę niemieckiej stacji, a już wywołuje emocje.

Przedstawiciele instytucji odpowiedzialnych za dbanie o prawa najmłodszych zapowiedzieli, że złożą doniesienie przeciwko rodzicom, którzy zgodzili się, aby ich dzieci pojawiły się w programie. Będą się również domagać odpowiedniego ukarania osób odpowiedzialnych za taki kształt reality show. Natomiast rzecznik RTL, Frank Rendez, twierdzi, że dla uczestników programu będzie to „socjalny egzamin dojrzałości”.

„Dorosły na próbę” to nie pierwszy program typu reality show, w którym pojawiają się dzieci. Był już „Kid Nation” emitowany w telewizji TVN jako „Republika małolatów”. Dzieci w wieku od 8 do 15 lat miały zbudować własną społeczność i samodzielnie sprawować rządy. Choć w Stanach Zjednoczonych program wzbudził duże kontrowersje, w Polsce przeszedł niemal bez echa. Być może dlatego, że TVN emitował go w piątki o 11.00.

Producenci reality show zazwyczaj deklarują, że nad uczestnikami programu będzie czuwać psycholog. W przypadku programu „Dorosły na próbę” dyskretną pieczę nad nastolatkami i dziećmi ma sprawować grupa psychologów, pedagogów i rodziców. W innym programie, „Boys and Girls Alone”, opieka nad nieletnimi uczestnikami reality show była jednak zbyt dyskretna, bo zachowanie dzieci pozostawiało wiele do życzenia i niektóre sytuacje stwarzały zagrożenie dla ich zdrowia.

Programy typu reality show powoli tracą widzów. Po fali popularności propozycji inspirowanych „Big Brotherem” nastąpił przesyt. Producenci programów telewizyjnych starają się zrobić jeszcze jakiś użytek z lekko zużytej formuły. Pojawiają się dwa podstawowe kierunki rozwoju reality show. Jeden polega na udowadnianiu, że tego typu programy mogą pełnić funkcję edukacyjną. Drugi opiera się na budzeniu sensacji i przełamywaniu kolejnych granic.

Wydaje się, że „Dorosły na próbę” żadnych granic nie łamie, a jednak coś tu nie gra. Można powiedzieć: to normalne, że nastolatki opiekują się dziećmi. To normalne, że dzieci są wykorzystywane w show biznesie; rodzice sami zabierają je na castingi do reklam, seriali, filmów czy programów rozrywkowych. Ale kiedy dzieci pojawiają się w reality show, wielu specjalistów podnosi sprzeciw.

Program „Dorosły na próbę” może pełnić rolę edukacyjną. Dla nastolatków biorących udział w programie pewnie będzie to ciekawe, a może i pouczające doświadczenie. Zakłada się, że reality show wpłynie na widzów w podobny sposób, jak na uczestników – w co wątpię, bo rzadko uczymy się na cudzych błędach. A co z dziećmi, którymi mają zajmować się nastolatki? Wystąpią w roli lalek uświadamiających trudy wczesnego rodzicielstwa? Jednak coś tu nie gra.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Trafić w sedno

Premier Waldemar Pawlak skomentował wypowiedź minister Jolanty Fedak (”Sp…”), przytaczając (chyba trochę niedokładnie) fraszkę Jana Sztaudyngera „Proste słowo”:

Słowa kunsztowne, słowa piękne bledną
Wobec prostego, które trafia w sedno.

Ciekawe co o takim trafianiu w sedno powie Jerzy Bralczyk, który jutro przyjedzie do Olsztyna.

Internauci - do źródeł!

Pisarze - do piór! Studenci - do nauki! I chciałoby się dodać: internauci - do źródeł! To refleksja związana z zamieszaniem wokół „Telecoms Package”, czyli „Pakietu telekomunikacyjnego”, który wzbudził wśród użytkowników internetu tak wiele kontrowersji. Co spowodowało oburzenie internautów? Projekt unijny czy opinie blogerów?

Spostrzeżenie, jakie nasuwa się po analizie komentarzy dotyczących „Pakietu telekomunikacyjnego”, jest takie: internauci nie sięgnęli do źródeł. Przyczyny są dość oczywiste. Po pierwsze - przekopanie się przez stronę The Legislative Observatory Parlamentu Europejskiego wymaga sporego wysiłku. Po drugie - nawet jeśli ktoś znajdzie potrzebny dokument, nie jest oczywiste, że go zrozumie (z powodu mało przystępnego języka prawniczego).

Kiedy człowiek nie dociera do źródeł, może jedynie bazować na opiniach innych osób. Pół biedy, jeśli są to komentarze ludzi, którzy znają źródła. W sprawie „Pakietu telekomunikacyjnego” niewielu dotarło do źródeł, ale wielu się wypowiadało. Ot, ciekawe zjawisko socjologiczne. Ktoś coś usłyszał o niekorzystnych zapisach i podał dalej. Zabawa w głuchy telefon.

Zwolennicy „Pakietu” wskazywali na korzyści związane z wybranymi zapisami, a przeciwnicy skupiali się na innych, potencjalnie niebezpiecznych regulacjach. Obie grupy odpowiednio uogólniły swoje wnioski, żeby pokazać jak bardzo pakiet jest korzystny/niekorzystny. I tu można dać się zmanipulować.

Gdyby więcej internautów zabierających głos na temat „Telecoms Package” znało dokument, na temat którego się wypowiadało, Konrad Niklewicz nie miałby powodu, by tworzyć tekst „Pospolite ruszenie w sieci kulą w płot”. Dziennikarz napisał między innymi: „Dziesiątki tysięcy europejskich internautów bez zastanowienia podpisało krążącą po sieci e-petycję z protestem” oraz: „Żadnego zamachu na wolność nie było. Ale nikt tego nie sprawdził”. Bez przesady z tym: „bez zastanowienia”. Nie wracajmy do wizji durnego internauty siedzącego przed komputerem, z butelką piwa w ręku.

Jeszcze jedna ciekawa kwestia poruszona przez Niklewicza dotyczy ekspertów, których jakoby nie słuchali użytkownicy internetu: „Pospolite ruszenie europejskich internautów rosło, ale maszerowało bez ładu i składu. Nikt nie chciał słuchać ekspertów”. Ale kiedy eksperci zaczęli informować internautów? W portalu Gazeta.pl największa liczba tekstów na temat „Pakietu telekomunikacyjnego” pojawiła się 5 i 6 maja, podczas gdy protesty internautów miały miejsce już w kwietniu. To jakich ekspertów mieli słuchać internauci? Nie każdy jest szczęśliwym posiadaczem szklanej kuli.

Ponieważ sprawa „Telecoms Package” jeszcze się nie kończy, pozostaje mieć nadzieję, że nowi europarlamentarzyści będą skuteczniej komunikować się ze społeczeństwem. Może następnym razem eksperci wypowiedzą się wcześniej niż po protestach. Naiwne myślenie? Skoro tak, to nie pozostaje internautom nic innego, jak tylko samodzielne sięganie do źródeł.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Dlaczego? No dlaczego?

Tragiczne wydarzenia wywołują ożywienie w mediach. Widać to zwłaszcza w mało ciekawym dla dziennikarzy okresie świąt czy wakacji. Nuda, nic się nie dzieje, aż tu nagle… jest tragedia i jest news. W końcu coś się wydarzyło. Teraz można podtykać ludziom mikrofon, pytając ich: „Dlaczego do tego doszło?”.

Wypadek samolotu CASA, wypadek autokaru w Świdnicy i pożar w Kamieniu Pomorskim - na te wydarzenia media zareagowały w podobny sposób, to znaczy histerycznie. Organizowane są wyścigi: kto użyje większej ilości przymiotników, kto będzie bardziej dramatyzował, kto pierwszy dotrze do przebywających w szpitalu poszkodowanych.

Nieodłącznym elementem relacji dziennikarskich jest spekulowanie na temat przyczyn wypadków i poszukiwanie winnych tuż po zdarzeniu. Tak wyglądała rozmowa, jaką reporterka TVN24 przeprowadziła w Świdnicy z prokuratorem Markiem Rusinem.

Od wypadku nie minęło zbyt wiele czasu, prokurator niedawno przybył na miejsce, jednak reporterka nie potrafiła przestać go pytać o przyczynę zdarzenia. Choć usłyszała odpowiedzi: „Ja tego nie wiem”, „To trzeba zbadać”, ponowiła pytanie. A później zapytała po raz trzeci i czwarty. Gdy i to nie przyniosło rezultatu, reporterka zmieniła strategię i zaczęła opisywać możliwe scenariusze, prosząc prokuratora o ocenę ich prawdopodobieństwa. Pytanie „dlaczego?” zostało zastąpione przez: „A mogło być tak…?”.

Zdenerwowanie widzów oglądających takie przedstawienie jest niczym w porównaniu z irytacją, jakiej muszą doświadczać ludzie wypytywani przez dziennikarza. Ale co ma zrobić reporter, którego wysyła się na miejsce zdarzenia i daje mu się za dużo czasu na relację? Wszystkie pytania zostały zadane, odpowiedzi padły, ale stacja wymaga, by ciągnąć temat. Ten jeden temat. Inne przecież nie istnieją.

Relacje reporterskie bywają żenujące. Czasem przypominają skecz „Nic się nie dzieje” Quasi-Kabaretu Rafała Kmity, w którym dziennikarz mówi: „Znajduję się w miejscu, gdzie nic się nie dzieje. Od wczesnych godzin rannych gromadzi się tu tłum. Ludzie pragną zobaczyć to na własne oczy. Jedni nie wierzą, inni są przerażeni”. Później pojawiają się rozmowy ze świadkami, z przedstawicielem służb porządkowych, z lekarzem. Jak w życiu.

Pytanie „dlaczego?” jest w dziennikarstwie bardzo ważne. Świadczy o dociekliwości, pozwala dotrzeć do źródła problemu i odkryć przyczynę zdarzenia. Ale zadawanie pytania „dlaczego?” zanim wyjaśni się „co?”, „gdzie?”, „kiedy?” i „jak?” jest błędem w sztuce dziennikarskiej. Wydawanie wyroków przed zbadaniem sprawy stało się nieodłączną częścią relacji reporterskich. Z drugiej strony, dociekanie przyczyn jest bardzo ludzkie i tu z pewnością dziennikarze odpowiadają na zapotrzebowanie widzów.

Dociekliwość dziennikarska ma jednak swoje granice. Kiedy kilka dni czy tygodni po wypadku pojawiają się ekspertyzy wyjaśniające przyczyny tragedii, to już dziennikarzy nie interesuje. Wówczas pytanie „dlaczego?” nie powraca. Spekulacje są bardziej emocjonujące.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.