Naukowcy blogują

Blogerzy piszą o wampirach, o szydełkowaniu, o afrykańskich jeżach, o samochodach, o podróżach autostopem, o życiu matki trojga dzieci, o pracy w korporacji… Jeśli w dziennikach internetowych można pisać o wszystkim, to czemu by nie pisać również o nauce?

Blogi kojarzą się zazwyczaj z ekshibicjonizmem, z ujawnianiem szczegółów z życia prywatnego, z opisywaniem codzienności. Oczywiście są i takie dzienniki internetowe, ale coraz częściej powstają blogi profesjonalne, tworzone przez specjalistów w jakiejś dziedzinie, również przez naukowców. Są one cennym źródłem informacji nie tylko dla badaczy, ale i dla ludzi niezwiązanych ze środowiskiem naukowym, a zainteresowanych danym tematem.

Piotr Cieśliński w artykule „Nauka trafiła do blogów” opublikowanym kilka lat temu w „Gazecie Wyborczej” stwierdził między innymi: „Z punktu widzenia laika naukowe blogi mają ogromną przewagę nad specjalistycznymi czasopismami. Pisane są językiem pozbawionym żargonu. Dowodzą, że uczeni są ludźmi z krwi i kości, a sama nauka nie jest skostniała i pozbawiona emocji” („Gazeta Wyborcza” 2006, nr 263, s. 19).

O tym, że o nauce można pisać ciekawie, świadczą liczne blogi anglojęzyczne. Jednym z najpopularniejszych na świecie blogów naukowych jest „Pharyngula” Paula Z. Myersa, w którym autor zażarcie walczy z kreacjonizmem (http://scienceblogs.com/pharyngula). Mity związane z astronomią obala Phil Plait (http://blogs.discovermagazine.com/badastronomy), a o kulturze w świecie mediów cyfrowych pisze Jill Walker Rettberg (http://jilltxt.net).

Polscy naukowcy nie pozostają w tyle. Aneta Rostkowska w dzienniku internetowym „Parergonn” pisze o filozofii i sztuce (http://parergonn.blogspot.com). Autor blogu „Miggawki” porusza przede wszystkim zagadnienia z zakresu biologii, a swoje wpisy uzupełnia licznymi ilustracjami i krótkimi filmami (http://migg.wordpress.com). Z kolei Wojciech Pastuszka pisze o odkryciach archeologicznych (http://archeowiesci.blox.pl)*.

Blog jest narzędziem, dzięki któremu naukowcy mogą rozpropagować swoje osiągnięcia w środowisku naukowym i poza nim. W komentarzach pod wpisami rozwijają się ciekawe dyskusje. Czytelnicy proponują autorom kolejne tematy, proszą o wyjaśnienia, podpowiadają inne rozwiązania poruszanych problemów. Nie zawsze jest sielankowo - blogerzy spotykają się też z krytyką, ale dzięki temu mogą zweryfikować swoje stanowisko bądź udoskonalić umiejętność odpierania zarzutów.

Jak zacząć blogowanie? Najłatwiej jest założyć blog w jednym z serwisów blogowych, np. WordPress.com, Blog.pl, Blox.pl, Blogger.com, Blog Onet.pl, Bloog.pl. Prowadzenie dzienników internetowych na tego typu platformach jest darmowe. Można też założyć własną stronę WWW i na niej tworzyć blog. Wymaga to nieco większych umiejętności, ale dostępne są narzędzia, które ułatwiają zadanie.

Naukowcy pytani o to, czy chcieliby prowadzić blog, czasem mówią, że blogowanie jest dla tych, którzy nie mają co robić. Tymczasem jest wręcz przeciwnie – ciekawy blog stanowi odzwierciedlenie ciekawego życia, a także niebanalnych zainteresowań i interesujących przemyśleń.

* Sprostowanie w komentarzu.

„Superak” przeprasza

„Super Express” ma duże doświadczenie w obrażaniu, nieco mniejsze w przepraszaniu. Tym razem padło na Małgorzatę Kożuchowską. Tabloid opublikował zdjęcia przedstawiające aktorkę topless. Sąd nakazał przeprosiny, a „Super Express” przeprosił. Tylko jak!

Małgorzata Kożuchowska jest stałym gościem na łamach tabloidów. „Super Express” pisze o niej przynajmniej raz w miesiącu i jest to niezbędne minimum. Zazwyczaj publikacje na jej temat pojawiają się z większą częstotliwością. Przedmiotem zainteresowania „Super Expressu” jest przede wszystkim życie osobiste aktorki, rzadziej – życie zawodowe, np. udział w kolejnym serialu.

Podstawowe tematy, jakimi interesuje się brukowiec, to na przykład nowy dom aktorki, jej ślub i relacje z mężem, domniemana ciąża, wakacje… W tym przypadku chodziło właśnie o wakacje – o urlop, jaki Małgorzata Kożuchowska spędziła w Grecji. Paparazzi chętnie podążają za celebrytami za granicę w nadziei, że tam uda się upolować gwiazdę w sytuacji kompromitującej czy przynajmniej dla niej nietypowej (chociaż Edyta Gietka w „Pressie” pisała, że wyjazdy zagraniczne się paparazzim nie opłacają i w tym przypadku są wyręczani przez turystów).

Kożuchowska została sfotografowana podczas opalania się topless. Aktorka wytoczyła „Super Expressowi” proces, którego wynik okazał się dla niej korzystny. Sąd stwierdził, że doszło do naruszenia dóbr osobistych i nakazał – poza wypłaceniem określonej kwoty – przeprosiny. „Super Express” je zamieścił.

Przeprosiny były jak w starym żarcie o Jasiu. Pani mówi do Jasia: - Przeproś kolegę za to, że nazwałeś go głupim. – Przepraszam cię, że jesteś głupi. Redaktor naczelny „Super Expressu” przeprosił w podobny sposób. Kożuchowska została przeproszona tak, żeby przypadkiem nikt nie pomyślał, że przeprosiny jej się należą.

Miało być pół strony – i jest. Tyle, że jest to puste pół strony z informacją napisaną drobnym maczkiem: ”Zarząd spółki Media Express Sp. z o.o. przeprasza Panią Małgorzatę Kożuchowską za naruszenie jej dóbr osobistych w gazecie »Super Express« z dnia 27 lipca 2006 r.”. Tekst zajął linijkę i dość pociesznie wygląda na półstronicowej pustej powierzchni (na formę przeprosin zwrócił uwagę Presserwis).

Redaktor naczelny „Super Expressu”, Sławomir Jastrzębowski, nie ma sobie nic do zarzucenia i twierdzi, że wypełnił nakaz sądu. W końcu jest odpowiednia treść i na przeprosiny przeznaczono pół strony. To wskazówka dla sądu, że do szeregu wyznaczników określających formę przeprosin trzeba dodać kolejny – wielkość czcionki.

Odszkodowania wyznaczane przez sąd najwyraźniej nie są karą dotkliwą dla tabloidów i zarówno koszty odszkodowań, jak i samych procesów, uwzględniane są w budżecie brukowców. „Super Express” po raz kolejny pokazał, gdzie ma swoje gwiazdy. A gwiazdy niby się oburzają, ale jak „Twój Styl” nie będzie chciał o nich pisać, chętnie pobiegną do „Superaka”.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Kto przygarnie księgowe?

Połączenie „Dziennika” i „Gazety Prawnej” było wydarzeniem rozczarowującym dla czytelników obu tytułów. Osoby zajmujące się księgowością czy płacami kupowały „Gazetę Prawną” ze względu na jej specjalistyczny profil. Teraz zaczną szukać innej gazety, która będzie odpowiadała ich zapotrzebowaniu.

Obserwatorzy rynku medialnego komentujący mariaż „Dziennika” i „Gazety Prawnej” skupiają się głównie na jakości produktu, jaki powstał, a także na jego przyszłości. Najnowsze badania sprzedaży nie dadzą jednak odpowiedzi na pytanie, jak nowy twór poradzi sobie na rynku prasowym. Dopiero badania przyszłoroczne, które pokażą, jak duża grupa osób zrezygnowała z prenumeraty, pozwolą snuć prognozy na temat przyszłości „Dziennika Gazeta Prawna”.

Dotąd „Gazeta Prawna” miała przewagę nad „Rzeczpospolitą”, bo precyzyjnie odpowiadała na zapotrzebowanie pewnej grupy osób. „Dziennik Gazeta Prawna” stracił tę przewagę. Nie jest już gazetą specjalistyczną. Księgowe i kadrowe potrzebują konkretnych informacji prawnych, a nie kolejnych komentarzy politycznych, jakich można w prasie codziennej wiele znaleźć.

Pojawiły się zapowiedzi, że dla prenumeratorów „Gazeta Prawna” będzie się ukazywać w dotychczasowej formie – ma być jednak poszerzona o aktualności, wiadomości sportowe i program telewizyjny. Być może stanie się to argumentem, który przekona dotychczasowych stałych czytelników, by nie rezygnowali z prenumeraty.

Jest to dobry moment, żeby swoją obecność na rynku przypomniało Wydawnictwo Podatkowe Gofin. Tymczasem nie podejmuje ono zdecydowanych działań. Ostatnio skupia się raczej na promocji serwisów internetowych niż na budowaniu marki „Gazety Podatkowej” (wydawnictwo zaoferowało czasowy darmowy dostęp do serwisu czasopisma.gofin.pl).

Czytelnicy „Gazety Prawnej” będą szukać specjalistycznych rozwiązań. Być może odpowiedzią na ich potrzeby nie okaże się „Dziennik Gazeta Prawna”, „Rzeczpospolita” czy nawet „Gazeta Podatkowa”. Być może zwrócą się właśnie w stronę dobrze prowadzonych, płatnych serwisów internetowych.

Nie można zapominać o drugiej stronie niezadowolonej z połączenia dwóch gazet – o czytelnikach „Dziennika”, którzy utożsamiali się z prezentowanymi na jego łamach poglądami. Czytelnicy „Dziennika” zdecydują się na pozostanie przy „ich” gazecie wzbogaconej o treści prawne, jeśli jej ideowy charakter się nie zmieni (a już widać, że się zmienia).

Na rozczarowaniu czytelników „Dziennika” może zyskać „Rzeczpospolita”. Jej redaktor naczelny, Paweł Lisicki, już zaciera ręce, bo wierzy, że czytelnicy zauważą wtórność „Dziennika Gazeta Prawna” wobec „Rzeczpospolitej” i wybiorą tę właśnie gazetę.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Hugo-Bader wrócił na ulicę

Szesnaście lat temu reporter Jacek Hugo-Bader wcielił się w rolę bezdomnego. Dziś postanowił ponowić to doświadczenie i przez jakiś czas żyć na ulicy za wyżebrane pieniądze. Wydawałoby się, że taki eksperyment pozwala dziennikarzowi zobaczyć więcej, jednak zdaniem niektórych - to oszustwo.

Jacek Hugo-Bader znany jest głównie z reportaży poświęconych Rosji. Niedawno ukazała się książka „Biała gorączka”, w której reporter „Gazety Wyborczej” opisuje wyprawę zdezelowanym łazikiem z Moskwy do Władywostoku. A pisze barwnie, z literackim zacięciem – i tę literackość wielu mu zarzuca.

Mało kto pamięta, jak w 1993 roku Hugo-Bader założył strój właściwy bezdomnemu i ruszył w miasto. Mało kto pamięta też teksty napisane na podstawie tego doświadczenia. Teraz w reportażu „Walka klas trwa!” dziennikarz przypomniał postać żebraka Charliego. Znów zostawił w domu „klucze, dokumenty, pieniądze i nawet legitymację prasową”, by żyć na ulicy.

W tekście „Walka klas trwa!” nie brakuje określeń, które oburzyły czytelników, na przykład: „selekcja przed nocnymi klubami. Tego Charlie najbardziej nienawidzi i jakby mógł, skopałby dupę łobuzom od tych klubów, bo (tak myśli swoim małym rozumkiem) - zaczyna się od selekcji na ulicy, w lokalu, a kończy na rampie kolejowej”. Owszem, stwierdzenie przesadzone, ale włożone zostało w usta Charliego, nie zostało wypowiedziane wprost przez samego autora.

Problem z najnowszym reportażem Jacka Hugo-Badera polega na tym, że czytelnicy nie wiedzą, kto jest kto. Kim jest Charlie? Kim jest Hugo-Bader? Ile jest jednego w drugim? Z jaką opinią utożsamia się reporter? Co mówi wykreowany na potrzeby reportażu bohater, a co sam autor? Najwyraźniej miesza się to odbiorcom. A może i samemu autorowi.

Reportaż wcieleniowy to kontrowersyjny gatunek, krytykowany również przez samych dziennikarzy, między innymi przez Wojciecha Jagielskiego. Jego zdaniem, reportaż wcieleniowy to oszustwo.

Jagielski mówi o wcielaniu się w rolę żebraka: „Chcemy być troszeczkę kloszardami, ale tylko po to, aby opowiedzieć o tym kumplom i zaimponować czytelnikom, a nie żeby naprawdę poznać życie kloszarda. (…) Ja piszę jako dziennikarz. To jest pewna funkcja społeczna i zawód, dysponujący swoim szerokim warsztatem, którego trzeba się nauczyć”. Czyżby praktykowanie reportażu wcieleniowego było przejawem braku profesjonalizmu dziennikarskiego i nieznajomości warsztatu?

Mariusz Szczygieł, recenzując książkę „Biała gorączka”, napisał na temat Jacka Hugo-Badera: „włazi, gdzie ja bym się bał wleźć”. No właśnie, Bader wciela się w pewne role ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jak pisze o stałych bywalcach Dworca Leningradzkiego, to z nimi pije i je to, co znajdzie w koszu na śmieci. A mógłby przyjść z mikrofonem i poprosić o wywiad. Tylko czego by się wtedy dowiedział?

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Jak sport, to piłka nożna

Piłka nożna, mimo porażek polskiej reprezentacji, budzi coraz większe zainteresowanie rodzimych mediów. Od kilku tygodni możemy obserwować wysyp różnorodnych projektów - zarówno prasowych, telewizyjnych, jak i internetowych - związanych z futbolem. Czy dotrwają choć do EURO 2012?

Nowym tytułem na polskim rynku prasowym jest „Futbol News” (wprowadzony przez wydawnictwo SportLive24 S.A., które wydaje już miesięcznik „Magazyn Futbol”). Ukazuje się dwa razy w tygodniu - w poniedziałki i w czwartki. Ambicją edytora jest odebranie czytelników „Przeglądowi Sportowemu” wydawanemu przez Axel Springer Polska.

Można zgodzić się z opiniami znawców rynku prasowego, że „Futbol News” nie zagrozi „Przeglądowi Sportowemu” chociażby ze względu na tematykę ograniczoną do jednej dyscypliny sportu i związaną z tym faktem węższą grupę odbiorców. Z innymi zarzutami zgodzić się nie mogę. Tomasz Zięba, prezes Marquard Media Polska, zarzuca nowemu tytułowi bulwarowy charakter. Ale czy to jest wada?

Pisanie o piłce nożnej w bulwarowym, sensacyjnym stylu narzuca się samo: relacja ze sprzedaży meczu, przedstawienie kulis negocjacji, sprawozdanie z sali rozpraw. Poza boiskiem dzieje się dużo i o sensacje nietrudno. Dla odmiany to, co ma miejsce na murawie, należałoby opisywać bardziej dynamicznie niż wskazywałaby na to rzeczywistość. Niektórzy dziennikarze wiedzą, jak zrobić dramatyczną relację z miejsca, w którym nic się nie dzieje.

Zdaniem Cezarego Gadomskiego z Media Direction OMD, skuteczniejsze niż inwestowanie w prasę byłoby zainwestowanie w serwis internetowy. Taki sposób myślenia o inwestowaniu w media sportowe zaprezentowała Grupa Wydawnicza Polskapresse, która kupiła funkcjonujący od kilku lat serwis internetowy Ekstraklasa.net.

Na piłkę nożną postawiła też Telewizja Polsat, czego efektem jest kanał Polsat Futbol. W ten sposób, jak twierdzi Andrzej Placzyński, szef SportFive, rynek telewizji sportowych w Polsce nie tyle się nasycił, co przesycił. EURO jest imprezą inspirującą wydawców. Wszyscy chcą dotrwać przynajmniej do 2012 roku. Które z obecnie istniejących stacji telewizyjnych przetrwają, które się połączą, a które zupełnie znikną z rynku – czas pokaże.

Przez znawców rynku mediów sportowych najlepiej oceniane są inwestycje w internet. Wobec nasycenia rynku prasowego i przesycenia rynku telewizyjnego zwrócenie się w stronę projektów internetowych wielu osobom wydaje się najlepszym pomysłem.

Trwanie przy piłce nożnej jako polskim sporcie narodowym jest niesamowite. Piotr Gruszka w jednym z wywiadów powiedział, że niektórzy dziennikarze sportowi wydają się już znużeni sukcesami siatkarzy. Porażkami w polskiej piłce nożnej jakoś się media nie nudzą i chcą pisać o futbolu coraz więcej. Masochizm jakiś czy co?

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Największy wróg dziennikarzy

Z pobieżnej analizy kilkunastu ostatnich numerów miesięcznika „Press” można wywnioskować, że największym wrogiem polskich dziennikarzy jest Rada Etyki Mediów. Instytucja, której zadaniem jest wydawanie opinii w sprawach ważnych dla ludzi mediów, budzi w środowisku dziennikarskim ogromną niechęć.

Rada Etyki Mediów zabiera głos w kwestiach budzących największe kontrowersje. Nie zawsze dziennikarze zgadzają się z Radą co do oceny istotności poruszanych problemów. W 2009 roku REM wydała oświadczenie między innymi w sprawie „Dziennika” i Kataryny, odniosła się do sytuacji w mediach publicznych i poruszyła problem jednego z odcinków „Rozmów w toku”.

Najnowsze oświadczenie Rady Etyki Mediów dotyczy dziennikarstwa śledczego. Organizacja została wywołana do tablicy przez rozżalonego Romualda Szeremietiewa, który w „Rzeczpospolitej” napisał, że został uniewinniony z zarzutów korupcyjnych, jakie zarzucili mu (jeszcze przed prokuraturą) Anna Marszałek i Bertold Kittel. Szeremietiew zaapelował do Rady Etyki Mediów o zajęcie stanowiska w tej sprawie.

I tak na celowniku Rady Etyki Mediów znaleźli się Anna Marszałek i Bertold Kittel. Rada w oświadczeniu stwierdziła, że „Doszło do kolejnej kompromitacji dziennikarstwa śledczego w Polsce”. Publikację dotyczącą Szeremietiewa nazwano mianem „zniesławiającej”, a dziennikarzom wytknięto, że „Nie po raz pierwszy sądy uniewinniają osoby publiczne, spostponowane w ich publikacjach”.

To oświadczenie pociągnęło za sobą kolejny głos w sprawie – tym razem był to głos dziennikarzy śledczych, którzy w zdecydowanym tonie stwierdzili, że Rada Etyki Mediów „atakuje, posługując się kłamstwami, insynuacjami, nie znając akt sprawy, odmawiając prawa do obrony”. Marszałek i Kittel podkreślają, że teksty, które krytykuje Rada Etyki Mediów, zostały napisane z zachowaniem najwyższych standardów dziennikarskich.

Gdyby Rada Etyki Mediów miała choć resztki autorytetu w środowisku dziennikarskim, być może rozpoczęłaby debatę o kondycji dziennikarstwa śledczego w Polsce. Jest to ten rodzaj dziennikarstwa, który wymaga szczególnej uwagi. Uwagi i refleksji, a nie stanowiska takiego, jakie prezentuje przewodnicząca REM Magdalena Bajer, która chce pokazać dwójce dziennikarzy „jak po prostu źle oni postępują”.

Z każdym kolejnym wystąpieniem Rada Etyki Mediów traci coraz więcej w oczach środowiska dziennikarskiego. Jeśli Anna Marszałek i Bertold Kittel, tak jak zapowiadają, pozwą Radę Etyki Mediów za naruszenie dóbr osobistych – będzie to wydarzenie bez precedensu. Jakkolwiek by się taki proces nie zakończył, środowisko dziennikarskie utwierdzi się w przekonaniu, że Rada Etyki Mediów stoi po drugiej stronie barykady.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Ekspert wszystkowiedzący

„Milionerzy” wracają jesienią na antenę telewizji TVN. Zmieniają się niektóre zasady teleturnieju. Zamiast telefonu do przyjaciela pojawi się rozmowa z ekspertem. W mediach może brakować wszystkiego - świeżych pomysłów, profesjonalizmu, obiektywizmu – ale ekspertów nigdy nie brakuje.

Nowa edycja „Milionerów” rusza szóstego września. Będzie to trudny powrót, bo ostatnimi czasy oglądalność teleturnieju spadała. Decyzja o zmniejszeniu częstotliwości pojawiania się programu jest więc uzasadniona. Zrezygnowano z emitowania dwóch odcinków w tygodniu i widzowie będą mogli oglądać „Milionerów” tylko w niedziele o 18.00 (i oczywiście powtórki).

Aby rozbudzić zainteresowanie teleturniejem, jego producenci wprowadzili kilka zmian. Jedną z najważniejszych jest zmiana koła ratunkowego. Uczestnicy teleturnieju nie będą już mogli skorzystać z pomocy siedzącego przed komputerem przyjaciela, którego zadaniem jest jak najszybsze „wygooglanie” odpowiedniego hasła.

Zamiast telefonu do przyjaciela pojawi się pytanie do eksperta. Gracze będą mogli skonsultować się z jednym z czworga ekspertów. Pomagać będą: Kazimiera Szczuka, Piotr Gąsowski, Michał Ogórek i – co w wielu informacjach zostało podkreślone – „polonista prof.” Andrzej Fabianowski.

Na forach internetowych widzowie narzekają na dobór ekspertów. Uznanie zyskuje tylko „polonista profesor”. Niektórzy internauci do szacownego grona specjalistów zaliczyliby ewentualnie Kazimierę Szczukę. Niezadowolenie z doboru ekspertów do teleturnieju jest niezrozumiałe. Przecież mogło być gorzej.

Wystarczy spojrzeć na to, jakich ekspertów dziennikarze proszą o komentarze. Na temat polityki zagranicznej Bogdan Rymanowski rozmawia z Danielem Olbrychskim i Pawłem Kukizem. Specjalistą od kultury żydowskiej stał się Michał Piróg. Znawczynią chorób dziecięcych jest natomiast Paulina Smaszcz-Kurzajewska. Przykłady można mnożyć.

W mediach występuje też inne zjawisko związane z ekspertami i nazywa się ono – ekspert dyżurny. Poszczególne stacje telewizyjne wybierają sobie garstkę ekspertów i dają im wyłączność na wypowiadanie się w pewnych kwestiach. Dobrym przykładem jest TVN czy TVN24. Jeśli np. w „Faktach” pojawia się materiał o mediach – to występuje w nim Wiesław Godzic, jeśli o społeczeństwie - Janusz Czapiński, o wizerunku polityków – Wojciech Jabłoński, o piłce nożnej – Jan Tomaszewski itd.

Media kreują ekspertów, bo to dla nich wygodne. Dyżurny ekspert to człowiek sprawdzony. Jego poglądy są dobrze znane, więc wiadomo jakiego komentarza się spodziewać. No i dzięki słowom eksperta dziennikarz może potwierdzić własne tezy. Tak, eksperci się przydają. Teraz nawet pomogą wygrać milion.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Zjawia się i znika

W portalu Gazeta.pl opublikowano laurkę dla serwisu Odsiebie.com. Pochwalny ton artykułu wzbudził zdumienie internautów i sprowokował ich do komentarzy. Jeszcze bardziej czytelnicy zdziwili się, gdy komentowany przez nich artykuł nagle zniknął. A właściwie nie tyle zniknął, co został skrócony tak, że z pierwotnej treści niemal nic nie zostało.

Artykuł zatytułowany „Odsiebie.com - kolejny wrocławski sukces” napisała Lucyna Róg z wrocławskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Link do tekstu pojawił się na stronie głównej portalu Gazeta.pl, więc trudno się dziwić, że artykuł przeczytało i skomentowało wiele osób.

Dziś z publikacji zawierającej kilkanaście akapitów został dwuzdaniowy lid. Skasowano większość tekstu, ale pozostawiono komentarze. Jednak opinie czytelników właściwie przestały mieć sens, bo przecież odnosiły się nie tylko do lidu, ale do całego artykułu.

Ale że w sieci nic nie ginie, internauci zdążyli pierwotny tekst skopiować, umieścić go na różnych stronach internetowych, a nawet wkleić w komentarzach pod usuniętym artykułem. Dzięki temu wiadomo, o czym internauci dyskutowali.

Chyba nikt z administracji forum nie zauważył komentarza zawierającego pełną wersję artykułu, bo pewnie zostałby on usunięty. A być może redakcja postanowiła już zostawić wszystko tak, jak jest, żeby nie dawać powodu do dalszych złośliwych komentarzy.

Tekst „Odsiebie.com - kolejny wrocławski sukces” był laurką dla autora serwisu „społecznościowo-hostingowego” i jego dzieła. Projekt został przedstawiony jako często nagradzany, uznany przez przedstawicieli branży i ceniony przez internautów za możliwość wrzucania dużych plików (użytkownicy mogą do swoich profili dodawać zdjęcia, pliki muzyczne, wideo i grafiki).

Z zachwytów nad ogromnym tempem rozwoju serwisu i pomysłowością jego twórcy niewiele zostało po skasowaniu większości artykułu. Dziś jest tylko tyle: „Łukasz Ćwiek, 21-latek z Wrocławia, ponad rok temu stworzył portal odsiebie.com. Dziś jego strona ma 3,5 mln odsłon dziennie i należy do najpopularniejszych serwisów w kraju”.

Co ciekawe, wcześniej w portalu Gazeta.pl pisano o serwisie Odsiebie.com jedynie w kontekście piractwa (np. tekst „Piratujemy w sieci” Tomasza Grynkiewicza i Piotra Miączyńskiego). Artykuł „Odsiebie.com - kolejny wrocławski sukces” już o tym szczególe nie wspomina.

Wspomnieli jednak internauci komentujący artykuł, którzy zwrócili uwagę: „Ciekawe dlaczego nikt nie mówi, że to portal szerzący piractwo”, „artykuł wcale nie porusza tematu praw autorskich a to w tej kwestii jest istotne”, „Dziwię się GW, że łamach swojego portalu promuje nielegalne ściąganie filmów, mp3, gier, pornografii”. Zupełnie jakby mowa była o dwóch różnych serwisach.

Naiwnością jest myślenie, że tekst budzący zainteresowanie można niepostrzeżenie usunąć z sieci. Następnym razem trzeba dwa razy przemyśleć publikację, bo złośliwi internauci czyhają, kopiują, robią zrzuty ekranowe. Chamstwo…

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Kult „matysiaka”

Amatorzy wygrywają z zawodowymi fotoreporterami, bo są tańsi. Tak twierdzi Katarzyna Rumowska w artykule „Czas matysiaków” opublikowanym w miesięczniku „Press”. Autorka pisze: „Fotografowie prasowi przegrywają z amatorami uzbrojonymi w aparaty cyfrowe”.

Problem podejścia wydawców do fotoreporterów był poruszany już ponad dziesięć lat temu. Grzegorz Sieczkowski w tekście „Moda na pozy i portrety” stwierdził: „Fotoreporterzy narzekają, że coraz mniej się od nich oczekuje, a pisma coraz mniej są zainteresowane światem” („Rzeczpospolita”, 04.04.1997).

Tendencja opisana kilkanaście lat temu przez Sieczkowskiego utrzymuje się i rozwija. A skoro redakcje mają wobec fotoreporterów małe wymagania, to po co im najlepsi fachowcy z branży. Wydawcy coraz częściej dziękują najlepszym fotoreporterom za stałą współpracę. Byle jakie zdjęcie zrobi byle kto. Taniej. I to jest właśnie miejsce dla opisanych w „Pressie” „matysiaków”, czyli młodych ludzi, którzy oferują zdjęcia kiepskiej jakości za niewielkie pieniądze („tysiak” za etat).

Nawet dla paparazzich przyszły ciężkie czasy. Dziś prawie każdy przechodzień ma przy sobie telefon z aparatem fotograficznym i jest potencjalnym paparazzim. A wydawcy chętnie wykorzystują materiały nadsyłane przez widzów czy czytelników i zachęcają ich do współpracy. Na przykład niedawno Dziennik.pl uruchomił serwis Infooko.pl. Wydawcy serwisu namawiają: „Bądź naszym reporterem”, „Ustrzel gwiazdę”.

I kogo winić za pogarszającą się jakość fotografii prasowej? Wydawcy obwiniają samych fotoreporterów – twierdzą, że są oni schematyczni i mają niewiele nowego do zaproponowania. Fotoreporterzy winią wydawców – bo ci nie dbają o jakość fotografii, rezygnują z lepszych i droższych fachowców na rzecz gorszych i tańszych amatorów.

Rozwój fotografii cyfrowej spowodował, że fotografowanie stało się dość powszechnym hobby. Utytułowany fotograf prasowy i fotografik Tomasz Tomaszewski jest zdania, że w epoce aparatów cyfrowych łatwo jest wykonać fotografię dobrą pod względem technicznym, ale już niekoniecznie artystycznym (mówił o tym w niedzielnym „Poranku” w TVN24).

Poprawna technicznie fotografia nie zawsze budzi zainteresowanie i zapada w pamięć. A taka jest coraz częściej fotografia prasowa - poprawna, ale nijaka.

Swego czasu gorąco komentowano książkę Andrew Keena „Kult amatora”. Wydawca może przygotowywać dodruk, bo dyskusja o rozkwicie amatorszczyzny w mediach jeszcze długo się nie skończy. Keen stawia (zbyt) prostą diagnozę, że to kult amatora, jaki nadszedł wraz z erą internetu, niszczy kulturę. A co niszczy fotografię prasową? Kult „matysiaka”?

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Końca zmian nie widać

Obserwatorzy polskiego rynku prasowego coraz głośniej mówią o złej kondycji tygodnika „Wprost”. Niektórzy przebąkują nawet o upadku tego istniejącego od 1982 roku pisma. Czy są powody, by snuć tak pesymistyczne przypuszczenia na temat przyszłości „Wprostu”?
 
Pogłoski o złej kondycji tygodnika „Wprost” pojawiły się między innymi w związku z ogłoszoną przeprowadzką redakcji z centrum Warszawy na Mokotów. Życzliwi twierdzą, że to zwyczajne oszczędności, natomiast złośliwi są zdania, że finanse „Wprostu” są w opłakanym stanie i firma najzwyczajniej nie może sobie pozwolić na lokalizację w centrum stolicy.
 
Jednym z wielu sygnałów sugerujących, że z tygodnikiem „Wprost” źle się dzieje, jest zapowiedź, że w sierpniu ukażą się tylko trzy numery pisma, w tym dwa podwójne. Zmiana jest tłumaczona sezonem wakacyjnym, który nie sprzyja czytaniu opiniotwórczych tygodników.

Skoro w wakacje nie sprzedaje się “Wprost” (bo za poważny), to powinien sprzedawać się przynajmniej ”Wprost Light”. Tymczasem zmiana częstotliwości wydawania pisma po kilku numerach dobitnie pokazuje, że pomysł nie wypalił. Tygodnik już stał się dwutygodnikiem, choć ukazuje się dopiero od końca maja tego roku. A mogłoby się wydawać, że pismo - ze względu na lekką, łatwą i przyjemną formułę - dobrze się sprzeda.

Najwyraźniej czytelnicy są zdezorientowani. „Wprost Light” umieszczony na półce pomiędzy kolorowymi pismami może wciąż wydawać się im zbyt poważny (w końcu zawsze to „Wprost”).

Widać, że tygodnik szuka dla siebie miejsca na rynku prasowym, szuka nowego wizerunku i nowych czytelników. Ale narzędziem służącym tym poszukiwaniom stały się nieprzemyślane zmiany. Chociażby taka: pół roku temu “Wprost” pojawił się w nowej szacie graficznej, cena wzrosła i wydanie rozrosło się do ponad 160 stron (pierwszy numer po „relaunchu”). Dziś wydanie liczy już tylko ok. 80 stron i cena znów jest niższa.

Badania sprzedaży pokazują, że tracą wszystkie tygodniki opinii, ale „Wprost” radzi sobie z trudną sytuacją na rynku prasowym gorzej niż „Polityka” czy „Newsweek”. Sprzedaż „Wprostu” spadła w ciągu roku z około 116 tysięcy egzemplarzy do niespełna 91 tysięcy egzemplarzy (maj 2009 roku w porównaniu z tym samym miesiącem roku poprzedniego, dane ZKDP).  Nerwowo wprowadzane zmiany tylko pogarszają sytuację.

Dziś właściwie trudno powiedzieć, do kogo „Wprost” kieruje swoje teksty. Dojrzali czytelnicy szukający wyważonych opinii i unikający sensacyjnego tonu sięgną po „Politykę”. Wśród młodych ludzi czytających tygodniki opinii najpopularniejszy jest pisany przystępnym językiem, publikujący krótkie teksty „Newsweek”. A co z „Wprost”? Tu tylko zmiany, zmiany, zmiany…

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.