Największy wróg dziennikarzy

Z pobieżnej analizy kilkunastu ostatnich numerów miesięcznika „Press” można wywnioskować, że największym wrogiem polskich dziennikarzy jest Rada Etyki Mediów. Instytucja, której zadaniem jest wydawanie opinii w sprawach ważnych dla ludzi mediów, budzi w środowisku dziennikarskim ogromną niechęć.

Rada Etyki Mediów zabiera głos w kwestiach budzących największe kontrowersje. Nie zawsze dziennikarze zgadzają się z Radą co do oceny istotności poruszanych problemów. W 2009 roku REM wydała oświadczenie między innymi w sprawie „Dziennika” i Kataryny, odniosła się do sytuacji w mediach publicznych i poruszyła problem jednego z odcinków „Rozmów w toku”.

Najnowsze oświadczenie Rady Etyki Mediów dotyczy dziennikarstwa śledczego. Organizacja została wywołana do tablicy przez rozżalonego Romualda Szeremietiewa, który w „Rzeczpospolitej” napisał, że został uniewinniony z zarzutów korupcyjnych, jakie zarzucili mu (jeszcze przed prokuraturą) Anna Marszałek i Bertold Kittel. Szeremietiew zaapelował do Rady Etyki Mediów o zajęcie stanowiska w tej sprawie.

I tak na celowniku Rady Etyki Mediów znaleźli się Anna Marszałek i Bertold Kittel. Rada w oświadczeniu stwierdziła, że „Doszło do kolejnej kompromitacji dziennikarstwa śledczego w Polsce”. Publikację dotyczącą Szeremietiewa nazwano mianem „zniesławiającej”, a dziennikarzom wytknięto, że „Nie po raz pierwszy sądy uniewinniają osoby publiczne, spostponowane w ich publikacjach”.

To oświadczenie pociągnęło za sobą kolejny głos w sprawie – tym razem był to głos dziennikarzy śledczych, którzy w zdecydowanym tonie stwierdzili, że Rada Etyki Mediów „atakuje, posługując się kłamstwami, insynuacjami, nie znając akt sprawy, odmawiając prawa do obrony”. Marszałek i Kittel podkreślają, że teksty, które krytykuje Rada Etyki Mediów, zostały napisane z zachowaniem najwyższych standardów dziennikarskich.

Gdyby Rada Etyki Mediów miała choć resztki autorytetu w środowisku dziennikarskim, być może rozpoczęłaby debatę o kondycji dziennikarstwa śledczego w Polsce. Jest to ten rodzaj dziennikarstwa, który wymaga szczególnej uwagi. Uwagi i refleksji, a nie stanowiska takiego, jakie prezentuje przewodnicząca REM Magdalena Bajer, która chce pokazać dwójce dziennikarzy „jak po prostu źle oni postępują”.

Z każdym kolejnym wystąpieniem Rada Etyki Mediów traci coraz więcej w oczach środowiska dziennikarskiego. Jeśli Anna Marszałek i Bertold Kittel, tak jak zapowiadają, pozwą Radę Etyki Mediów za naruszenie dóbr osobistych – będzie to wydarzenie bez precedensu. Jakkolwiek by się taki proces nie zakończył, środowisko dziennikarskie utwierdzi się w przekonaniu, że Rada Etyki Mediów stoi po drugiej stronie barykady.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Ekspert wszystkowiedzący

„Milionerzy” wracają jesienią na antenę telewizji TVN. Zmieniają się niektóre zasady teleturnieju. Zamiast telefonu do przyjaciela pojawi się rozmowa z ekspertem. W mediach może brakować wszystkiego - świeżych pomysłów, profesjonalizmu, obiektywizmu – ale ekspertów nigdy nie brakuje.

Nowa edycja „Milionerów” rusza szóstego września. Będzie to trudny powrót, bo ostatnimi czasy oglądalność teleturnieju spadała. Decyzja o zmniejszeniu częstotliwości pojawiania się programu jest więc uzasadniona. Zrezygnowano z emitowania dwóch odcinków w tygodniu i widzowie będą mogli oglądać „Milionerów” tylko w niedziele o 18.00 (i oczywiście powtórki).

Aby rozbudzić zainteresowanie teleturniejem, jego producenci wprowadzili kilka zmian. Jedną z najważniejszych jest zmiana koła ratunkowego. Uczestnicy teleturnieju nie będą już mogli skorzystać z pomocy siedzącego przed komputerem przyjaciela, którego zadaniem jest jak najszybsze „wygooglanie” odpowiedniego hasła.

Zamiast telefonu do przyjaciela pojawi się pytanie do eksperta. Gracze będą mogli skonsultować się z jednym z czworga ekspertów. Pomagać będą: Kazimiera Szczuka, Piotr Gąsowski, Michał Ogórek i – co w wielu informacjach zostało podkreślone – „polonista prof.” Andrzej Fabianowski.

Na forach internetowych widzowie narzekają na dobór ekspertów. Uznanie zyskuje tylko „polonista profesor”. Niektórzy internauci do szacownego grona specjalistów zaliczyliby ewentualnie Kazimierę Szczukę. Niezadowolenie z doboru ekspertów do teleturnieju jest niezrozumiałe. Przecież mogło być gorzej.

Wystarczy spojrzeć na to, jakich ekspertów dziennikarze proszą o komentarze. Na temat polityki zagranicznej Bogdan Rymanowski rozmawia z Danielem Olbrychskim i Pawłem Kukizem. Specjalistą od kultury żydowskiej stał się Michał Piróg. Znawczynią chorób dziecięcych jest natomiast Paulina Smaszcz-Kurzajewska. Przykłady można mnożyć.

W mediach występuje też inne zjawisko związane z ekspertami i nazywa się ono – ekspert dyżurny. Poszczególne stacje telewizyjne wybierają sobie garstkę ekspertów i dają im wyłączność na wypowiadanie się w pewnych kwestiach. Dobrym przykładem jest TVN czy TVN24. Jeśli np. w „Faktach” pojawia się materiał o mediach – to występuje w nim Wiesław Godzic, jeśli o społeczeństwie - Janusz Czapiński, o wizerunku polityków – Wojciech Jabłoński, o piłce nożnej – Jan Tomaszewski itd.

Media kreują ekspertów, bo to dla nich wygodne. Dyżurny ekspert to człowiek sprawdzony. Jego poglądy są dobrze znane, więc wiadomo jakiego komentarza się spodziewać. No i dzięki słowom eksperta dziennikarz może potwierdzić własne tezy. Tak, eksperci się przydają. Teraz nawet pomogą wygrać milion.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Zjawia się i znika

W portalu Gazeta.pl opublikowano laurkę dla serwisu Odsiebie.com. Pochwalny ton artykułu wzbudził zdumienie internautów i sprowokował ich do komentarzy. Jeszcze bardziej czytelnicy zdziwili się, gdy komentowany przez nich artykuł nagle zniknął. A właściwie nie tyle zniknął, co został skrócony tak, że z pierwotnej treści niemal nic nie zostało.

Artykuł zatytułowany „Odsiebie.com - kolejny wrocławski sukces” napisała Lucyna Róg z wrocławskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Link do tekstu pojawił się na stronie głównej portalu Gazeta.pl, więc trudno się dziwić, że artykuł przeczytało i skomentowało wiele osób.

Dziś z publikacji zawierającej kilkanaście akapitów został dwuzdaniowy lid. Skasowano większość tekstu, ale pozostawiono komentarze. Jednak opinie czytelników właściwie przestały mieć sens, bo przecież odnosiły się nie tylko do lidu, ale do całego artykułu.

Ale że w sieci nic nie ginie, internauci zdążyli pierwotny tekst skopiować, umieścić go na różnych stronach internetowych, a nawet wkleić w komentarzach pod usuniętym artykułem. Dzięki temu wiadomo, o czym internauci dyskutowali.

Chyba nikt z administracji forum nie zauważył komentarza zawierającego pełną wersję artykułu, bo pewnie zostałby on usunięty. A być może redakcja postanowiła już zostawić wszystko tak, jak jest, żeby nie dawać powodu do dalszych złośliwych komentarzy.

Tekst „Odsiebie.com - kolejny wrocławski sukces” był laurką dla autora serwisu „społecznościowo-hostingowego” i jego dzieła. Projekt został przedstawiony jako często nagradzany, uznany przez przedstawicieli branży i ceniony przez internautów za możliwość wrzucania dużych plików (użytkownicy mogą do swoich profili dodawać zdjęcia, pliki muzyczne, wideo i grafiki).

Z zachwytów nad ogromnym tempem rozwoju serwisu i pomysłowością jego twórcy niewiele zostało po skasowaniu większości artykułu. Dziś jest tylko tyle: „Łukasz Ćwiek, 21-latek z Wrocławia, ponad rok temu stworzył portal odsiebie.com. Dziś jego strona ma 3,5 mln odsłon dziennie i należy do najpopularniejszych serwisów w kraju”.

Co ciekawe, wcześniej w portalu Gazeta.pl pisano o serwisie Odsiebie.com jedynie w kontekście piractwa (np. tekst „Piratujemy w sieci” Tomasza Grynkiewicza i Piotra Miączyńskiego). Artykuł „Odsiebie.com - kolejny wrocławski sukces” już o tym szczególe nie wspomina.

Wspomnieli jednak internauci komentujący artykuł, którzy zwrócili uwagę: „Ciekawe dlaczego nikt nie mówi, że to portal szerzący piractwo”, „artykuł wcale nie porusza tematu praw autorskich a to w tej kwestii jest istotne”, „Dziwię się GW, że łamach swojego portalu promuje nielegalne ściąganie filmów, mp3, gier, pornografii”. Zupełnie jakby mowa była o dwóch różnych serwisach.

Naiwnością jest myślenie, że tekst budzący zainteresowanie można niepostrzeżenie usunąć z sieci. Następnym razem trzeba dwa razy przemyśleć publikację, bo złośliwi internauci czyhają, kopiują, robią zrzuty ekranowe. Chamstwo…

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Kult „matysiaka”

Amatorzy wygrywają z zawodowymi fotoreporterami, bo są tańsi. Tak twierdzi Katarzyna Rumowska w artykule „Czas matysiaków” opublikowanym w miesięczniku „Press”. Autorka pisze: „Fotografowie prasowi przegrywają z amatorami uzbrojonymi w aparaty cyfrowe”.

Problem podejścia wydawców do fotoreporterów był poruszany już ponad dziesięć lat temu. Grzegorz Sieczkowski w tekście „Moda na pozy i portrety” stwierdził: „Fotoreporterzy narzekają, że coraz mniej się od nich oczekuje, a pisma coraz mniej są zainteresowane światem” („Rzeczpospolita”, 04.04.1997).

Tendencja opisana kilkanaście lat temu przez Sieczkowskiego utrzymuje się i rozwija. A skoro redakcje mają wobec fotoreporterów małe wymagania, to po co im najlepsi fachowcy z branży. Wydawcy coraz częściej dziękują najlepszym fotoreporterom za stałą współpracę. Byle jakie zdjęcie zrobi byle kto. Taniej. I to jest właśnie miejsce dla opisanych w „Pressie” „matysiaków”, czyli młodych ludzi, którzy oferują zdjęcia kiepskiej jakości za niewielkie pieniądze („tysiak” za etat).

Nawet dla paparazzich przyszły ciężkie czasy. Dziś prawie każdy przechodzień ma przy sobie telefon z aparatem fotograficznym i jest potencjalnym paparazzim. A wydawcy chętnie wykorzystują materiały nadsyłane przez widzów czy czytelników i zachęcają ich do współpracy. Na przykład niedawno Dziennik.pl uruchomił serwis Infooko.pl. Wydawcy serwisu namawiają: „Bądź naszym reporterem”, „Ustrzel gwiazdę”.

I kogo winić za pogarszającą się jakość fotografii prasowej? Wydawcy obwiniają samych fotoreporterów – twierdzą, że są oni schematyczni i mają niewiele nowego do zaproponowania. Fotoreporterzy winią wydawców – bo ci nie dbają o jakość fotografii, rezygnują z lepszych i droższych fachowców na rzecz gorszych i tańszych amatorów.

Rozwój fotografii cyfrowej spowodował, że fotografowanie stało się dość powszechnym hobby. Utytułowany fotograf prasowy i fotografik Tomasz Tomaszewski jest zdania, że w epoce aparatów cyfrowych łatwo jest wykonać fotografię dobrą pod względem technicznym, ale już niekoniecznie artystycznym (mówił o tym w niedzielnym „Poranku” w TVN24).

Poprawna technicznie fotografia nie zawsze budzi zainteresowanie i zapada w pamięć. A taka jest coraz częściej fotografia prasowa - poprawna, ale nijaka.

Swego czasu gorąco komentowano książkę Andrew Keena „Kult amatora”. Wydawca może przygotowywać dodruk, bo dyskusja o rozkwicie amatorszczyzny w mediach jeszcze długo się nie skończy. Keen stawia (zbyt) prostą diagnozę, że to kult amatora, jaki nadszedł wraz z erą internetu, niszczy kulturę. A co niszczy fotografię prasową? Kult „matysiaka”?

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Końca zmian nie widać

Obserwatorzy polskiego rynku prasowego coraz głośniej mówią o złej kondycji tygodnika „Wprost”. Niektórzy przebąkują nawet o upadku tego istniejącego od 1982 roku pisma. Czy są powody, by snuć tak pesymistyczne przypuszczenia na temat przyszłości „Wprostu”?
 
Pogłoski o złej kondycji tygodnika „Wprost” pojawiły się między innymi w związku z ogłoszoną przeprowadzką redakcji z centrum Warszawy na Mokotów. Życzliwi twierdzą, że to zwyczajne oszczędności, natomiast złośliwi są zdania, że finanse „Wprostu” są w opłakanym stanie i firma najzwyczajniej nie może sobie pozwolić na lokalizację w centrum stolicy.
 
Jednym z wielu sygnałów sugerujących, że z tygodnikiem „Wprost” źle się dzieje, jest zapowiedź, że w sierpniu ukażą się tylko trzy numery pisma, w tym dwa podwójne. Zmiana jest tłumaczona sezonem wakacyjnym, który nie sprzyja czytaniu opiniotwórczych tygodników.

Skoro w wakacje nie sprzedaje się “Wprost” (bo za poważny), to powinien sprzedawać się przynajmniej ”Wprost Light”. Tymczasem zmiana częstotliwości wydawania pisma po kilku numerach dobitnie pokazuje, że pomysł nie wypalił. Tygodnik już stał się dwutygodnikiem, choć ukazuje się dopiero od końca maja tego roku. A mogłoby się wydawać, że pismo - ze względu na lekką, łatwą i przyjemną formułę - dobrze się sprzeda.

Najwyraźniej czytelnicy są zdezorientowani. „Wprost Light” umieszczony na półce pomiędzy kolorowymi pismami może wciąż wydawać się im zbyt poważny (w końcu zawsze to „Wprost”).

Widać, że tygodnik szuka dla siebie miejsca na rynku prasowym, szuka nowego wizerunku i nowych czytelników. Ale narzędziem służącym tym poszukiwaniom stały się nieprzemyślane zmiany. Chociażby taka: pół roku temu “Wprost” pojawił się w nowej szacie graficznej, cena wzrosła i wydanie rozrosło się do ponad 160 stron (pierwszy numer po „relaunchu”). Dziś wydanie liczy już tylko ok. 80 stron i cena znów jest niższa.

Badania sprzedaży pokazują, że tracą wszystkie tygodniki opinii, ale „Wprost” radzi sobie z trudną sytuacją na rynku prasowym gorzej niż „Polityka” czy „Newsweek”. Sprzedaż „Wprostu” spadła w ciągu roku z około 116 tysięcy egzemplarzy do niespełna 91 tysięcy egzemplarzy (maj 2009 roku w porównaniu z tym samym miesiącem roku poprzedniego, dane ZKDP).  Nerwowo wprowadzane zmiany tylko pogarszają sytuację.

Dziś właściwie trudno powiedzieć, do kogo „Wprost” kieruje swoje teksty. Dojrzali czytelnicy szukający wyważonych opinii i unikający sensacyjnego tonu sięgną po „Politykę”. Wśród młodych ludzi czytających tygodniki opinii najpopularniejszy jest pisany przystępnym językiem, publikujący krótkie teksty „Newsweek”. A co z „Wprost”? Tu tylko zmiany, zmiany, zmiany…

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Cyrk medialny

W porannym programie „Zapraszamy do Trójki” dziennikarz zwrócił się do rzecznika Kupieckich Domów Towarowych z pytaniem, jak będą przebiegać protesty kupców. Ten odpowiedział, że nie dojdzie do żadnego cyrku medialnego. Ale doszło.

Dziennikarze potrafią robić transmisje pod hasłem „relacja z miejsca, w którym nic się nie dzieje”. Czy równie dobrze idzie im realizowanie programu, gdy dzieje się dużo, a nawet za dużo? Nadmiar wrażeń potrafi negatywnie wpłynąć nawet na najbardziej doświadczonego reportera.

W związku z transmisją protestu kupców z KDT, oglądanie telewizji TVN24 jest dziś wyjątkowo frustrujące. W pierwszym odruchu pomyślałam, że to wina nieudolnie prowadzonej transmisji i tego, że rozemocjonowany reporter się nie spisuje, bo powinien mieć trochę więcej dystansu do relacjonowanych wydarzeń.

Obejrzałam jeszcze kilka minut transmisji i zmieniłam zdanie. Nawet gdyby postawić tam kamerę i zostawić ją w spokoju, to tej relacji „na żywo” i tak nie dałoby się oglądać. Uczestnicy wydarzeń bardzo dobrze radzą sobie z organizacją „cyrku medialnego” i dziennikarz nie jest im do niczego potrzebny. Kamera by wystarczyła.

Na ile postawa reportera może wpłynąć na sposób odbioru relacjonowanych wydarzeń? Czy dziennikarz używający określeń „dantejskie sceny”, „histeria” i „piekło”, jest w stanie wpłynąć na podniesienie poziomu emocji u widzów? A czy dziennikarz relacjonujący wydarzenia w tonie chłodnym i opanowanym te emocje ostudzi?

Pierwsza postawa z pewnością wpływa na to, że nikt nic nie wie, ale są emocje. Coś się dzieje i wszyscy dzięki transmisji „na żywo” mogą w tym uczestniczyć. Druga postawa jest bardziej profesjonalna, ale być może mniej wiarygodna dla widza przyzwyczajonego przez tabloidowe media do emocjonalnego stylu.

Czasem relacje „na żywo” mają niewiele sensu i powodują jedynie chaos w głowach widzów. Dowodem są wypowiedzi, jakie pojawiają się na forach internetowych. Z relacji w portalach internetowych i w telewizji odbiorcy najwyraźniej niewiele się dowiedzieli.

Żeby zebrać informacje, zweryfikować je i sensownie przedstawić, trzeba mieć przynajmniej chwilę. A transmisja „na żywo” rządzi się swoimi prawami. Wszystko pojawia się na antenie „jak leci” – bezsensowne i dezinformujące wypowiedzi również.

Całe szczęście, że od czasu do czasu w stacji TVN24 pojawiają się informacje ekonomiczne, bo inaczej można by pomyśleć, że centrum świata znajduje się pod KDT i poza protestem kupców nic się nie dzieje. TVN24 nie zaskakuje, za to prowadzący platformę blogową Blox.pl tryskają nowymi pomysłami.

W serwisie Gazeta.pl, pod relacją z protestu kupców, pojawiło się ogłoszenie: „Uwaga, blogerzy: Blox.pl ogłasza konkurs na relację”. Na czym polega konkurs? Organizatorzy informują: „Jeśli masz swoje zdanie na temat tego, co się tam dzieje, napisz o tym na swoim blogu. Skomentuj te wydarzenia, my pokażemy Twój tekst na stronie głównej Gazeta.pl w dziale »Blogi«”. Skoro politycy „lansują się” przy okazji protestów, to w końcu blogerzy też mogą.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Jaka misja?

To zastanawiające, że media publiczne, które najgorzej realizują wyznaczoną im misję, finansowo radzą sobie najlepiej, a dogorywają media, które w stu procentach misję realizują. Czy protesty, apele i spotkania są w stanie cokolwiek w tej sprawie zmienić?

Rzecznik Praw Obywatelskich, Janusz Kochanowski, wyszedł z propozycją zorganizowania spotkania przy „okrągłym stole”. Mieliby wziąć w nim udział między innymi przedstawiciele ministerstwa kultury, posłowie z komisji kultury, przedstawiciele Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i oczywiście przedstawiciele II Programu Polskiego Radia - bo rozmowy mają dotyczyć przede wszystkim tragicznej sytuacji radiowej „Dwójki”.

II Program Polskiego Radia nie nadaje reklam, nie przynosi dochodów, ma niewielki udział w rynku stacji radiowych i z marketingowego punktu widzenia jest to stacja nadająca się do odstrzału.

Pracownicy radiowej „Dwójki” protestują, bo nakłady na funkcjonowanie rozgłośni są zbyt niskie, wpływy z abonamentu spadły i stacja nie jest w stanie realizować swoich zadań. Ciekawe, że najmniejsze wsparcie finansowe ma właśnie ta stacja, która w pełni realizuje misję mediów publicznych. (Swoją drogą - zbyt rzadko dostrzegana jest przepaść w sposobie realizowania misji mediów publicznych przez Polskie Radio i przez Telewizję Polską).

Ciągłe wezwania do płacenia abonamentu, jakie słychać na antenach wszystkich stacji Polskiego Radia, nie przyniosły i nie przyniosą rezultatu. Są po prostu spóźnione. Odbiorcom mediów abonament coraz częściej kojarzy się z produkcją kiczowatych programów telewizyjnych i z kontraktami gwiazdorskimi. Starania władz, by znieść abonament, również nie sprzyjają jego ściągalności.

Sytuacja mediów publicznych nie zmieni się, moim zdaniem, niezależnie od losów „Ustawy medialnej”, o której się tak często dyskutuje. Inny sposób finansowania mediów publicznych nie musi bowiem przełożyć się na poziom programów. Dlaczego? Otóż problemem pozostanie dysponowanie pieniędzmi i rozliczanie się z przyznanych funduszy.

Dopóki środki przeznaczone na realizowanie misji mediów publicznych będą wydawane na teleturnieje telewizyjnej „Dwójki”, nie będzie wystarczało pieniędzy na produkcję audycji radiowej „Dwójki”.

Nie ma pomysłu na to, jak powinno funkcjonować Polskie Radio, a zwłaszcza II Program. Słychać różne pomysły, łącznie z tym, by audycje radiowej „Dwójki” włączyć do ramówek innych stacji, a sam II Program zlikwidować. Do tego raczej nie dojdzie, bo byłoby to działanie zbyt kontrowersyjne.

Prawdopodobnie radiowa „Dwójka” będzie dalej funkcjonować (wegetować?) w oparciu o skromne dotacje, dzięki czemu fikcja wspierania mediów realizujących misję będzie się umacniać.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Pozorne rozdwojenie

Karolina Korwin-Piotrowska udzieliła obszernego wywiadu miesięcznikowi „Press”. Rozmowa dotyczy między innymi serwisu Plejada.pl, programu „Magiel towarzyski” i oczywiście - polskich celebrytów. Paradoksalnie najciekawszy moment rozmowy to ten, gdy Korwin-Piotrowska wzdycha i czeka na następne pytanie.

Była redaktor naczelna „Sukcesu” zna przemysł medialny od podszewki. Ma bogate doświadczenia związane z pracą w prasie, w radiu, w telewizji, a teraz zajmuje się też internetowym serwisem Plejada.pl. Coraz częściej jest jedną z pierwszych osób proszonych o opinię odnośnie wydarzeń w świecie medialno-rozrywkowym. Nie wszystkim jednak odpowiadają jej komentarze.

Korwin-Piotrowska nie należy do osób, którym brakuje słów. Mówi barwnie, potrafi celnie dobierać puenty, bywa ironiczna i sarkastyczna. Jednak cięty język przysparza jej więcej wrogów niż zwolenników w polskim szoł-biznesie. Przez Michała Wiśniewskiego została nazwana „ścierwem” i pewnie nie jest to jedyne obraźliwe określenie, jakie zostało skierowane pod jej adresem.

Powodem szczególnych kontrowersji jest program „Magiel towarzyski”, który Karolina Korwin-Piotrowska prowadzi z Tomaszem Kinem w TVN Style. Nie szczędzi tu krytycznych uwag, zwłaszcza osobom „znanym z tego, że są znane”, często pojawiającym się w tabloidach.

Karolina Korwin-Piotrowska stara się uzyskać wizerunek osoby surowo i obiektywnie oceniającej polski szoł-biznes. I tu pojawia się pewien zgrzyt. Prowadzenie Plejady pod egidą TVN-u jakoś się z tym obiektywizmem kłóci.

Właśnie tego problemu dotyczyło pytanie, na które trudno było odpowiedzieć Korwin-Piotrowskiej. Dziennikarka zapytała: „W Plejadzie ma Pani rzeczywisty wpływ na to, co się ukazuje? Zastanawiająco dużo i pozytywnie piszecie o TVN-ie”. Odpowiedź, a właściwie brak odpowiedzi, opisano jako: „Najpierw cisza, potem westchnienie”.

W „Maglu towarzyskim” dziennikarka krytykuje celebrytów, ustawia się w opozycji do świata tabloidów. W serwisie Plejada.pl ta sama osoba siedzi po uszy w tym świecie. Sama Korwin-Piotrowska wyraźnie oddziela to, co robi w „Maglu towarzyskim” od tego, co robi w Plejadzie. Widać tu pewne rozdwojenie. A może jednak nie ma w tym żadnej sprzeczności?

Profesor Wiesław Godzic, medioznawca, twierdzi, że „Magiel towarzyski” nie jest produktem spoza kultury tabloidowej, a stanowi jej wytwór. Można o tym przeczytać w jednym z rozdziałów książki „Znani z tego, że są znani. Celebryci w kulturze tabloidów”. Trudno jest być wewnątrz czegoś i jednocześnie oceniać to z zewnątrz – a takiego karkołomnego zadania podjęła się Karolina Korwin-Piotrowska.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Papierowy blog

Blogi coraz częściej wydawane są w wersji książkowej. Na polskim rynku ukazało się kilka (a może już kilkanaście) tego typu wydawnictw. Wkrótce dołączy do nich kolejna pozycja. W formie papierowej zostanie wydany blog „Matki Polki lęki, jęki i Potwory”. Powstaje jednak pytanie, czy jest sens wydawać na papierze dziennik internetowy?

Wydanie blogu w wersji książkowej to główna nagroda w konkursie „Wydamy Ci blog”. Blog „Matki Polki lęki, jęki i Potwory” wybrano z ponad stu zgłoszonych do konkursu. W składzie jury znaleźli się przedstawiciele instytucji: PBI, IBL PAN, WAiP oraz Blox.pl. Nie będzie niespodzianką, jeśli napiszę, że konkurs dotyczył tylko platformy Blox.pl, a głównym organizatorem była Agora.

Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, które podjęły się wydania blogu, będą konkurować między innymi z wydawnictwem W.A.B, które specjalizuje się w wydawaniu współczesnej prozy; wydało na przykład fragmenty blogu Jacka Pałki. Sytuacja jest zastanawiająca, bo Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne mają zdecydowanie inną specjalizację. Być może wydanie blogu „Matki Polki lęki, jęki i Potwory” będzie tylko eksperymentem, a może jest to początek nowego kierunku w działalności wydawnictwa.

Tylko czy jest sens wydawać blogi? Patrząc z praktycznego punktu widzenia, dla wydawnictwa to duże ryzyko. Potencjalnymi czytelnikami książki „Matki Polki lęki, jęki i Potwory” będą czytelnicy blogu „Matki Polki lęki, jęki i Potwory”. A oni już treść przyszłej książki znają. Z pewnością znajdą się nowi czytelnicy, ale czy i oni nie będą woleli pełnej wersji internetowej od okrojonej papierowej?

No właśnie – okrojonej. Blog na papierze nie jest już blogiem. Nie ma tu komentarzy, nie ma linków, nie ma możliwości edycji. Poza tym tekst, jaki znajdzie się w książce, przejdzie przez sito redakcyjne i może być nad miarę uładzony. A przecież siłą tekstów w blogach jest pewien artystyczny nieład.

Człowiek, który decyduje się na wydanie blogu, musi mieć świadomość, że papieru nie skasuje. Tomasz Kwaśniewski, autor „Dziennika ciężarowca”, dziś mówi, że z ironią podchodzi do swojej książki opublikowanej na podstawie blogu. Notatki z dziennika internetowego, które z perspektywy czasu wydają się zbyt naiwne, można skasować. Z książki się nie da.

Hasło konkursu „Wydamy Ci blog” to „szansa na blog na papierze” – tak, jakby papier był czymś wartym wyjątkowych starań. Wygląda na to, że rzeczywiście jesteśmy skłonni traktować media „stare” jako bardziej szlachetne niż „nowe”, bardziej prestiżowe i godne uwagi.

Książki Jacka Pałki są dowodem, że można pogodzić sukces blogu z powodzeniem książki i jedno drugiemu nie przeszkadza. Być może uda się także „Matce Polce”.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Na siedząco, na stojąco, na klęczkach

Dynamiczny sposób prowadzenia „Wiadomości” nie odpowiada widzom telewizyjnej Jedynki. Szefowie programu głowią się, czy dziennikarze mają stać, czy siedzieć. Prezenterzy prawdopodobnie ponownie zasiądą za stołem. Może to i lepiej, bo ostatnimi czasy w programach informacyjnych coraz więcej jest teatru, a coraz mniej wiadomości.

O tym, że być może zajdą kolejne zmiany w sposobie prowadzenia „Wiadomości”, nieoficjalnie dowiedział się Presserwis. Z badań przeprowadzonych przez Telewizję Polską wynika, że odbiorcy nie przyzwyczaili się do nowej, dynamicznej formuły programu. Denerwuje ich to, że prezenterzy stoją lub przechadzają się po studiu. Może więc lepiej będzie „usadzić” prowadzących i uspokoić skołatane nerwy widzów?

Dawniej uczono prezenterów, by ograniczali niepotrzebne ruchy. Po pierwsze dlatego, żeby nie wychodzili z kadru. Po drugie po to, by nie rozpraszali widzów skupionych na odbiorze przekazu. Dziś między jedną a drugą zmianą scenografii, grafiki, widzowie szukają treści. A z tym gorzej, bo forma się rozrosła, a z treścią są problemy.

Nie można zapominać, że w zmianach oprawy programów informacyjnych wyspecjalizował się TVN. Ta stacja przoduje w dynamizowaniu programów za pomocą nowych technologii. Na przykład niedawno TVN24, wzorując się na CNN, wykorzystał „videoportację”. Podczas ostatniego wieczoru wyborczego Inga Rosińska przebywająca w Brukseli „pojawiła się” w warszawskim studiu. Można powiedzieć, że to niepotrzebne udziwnienie, ale trzeba też dodać, że TVN przynajmniej konsekwentnie stosuje podpatrzone na Zachodzie nowinki technologiczne.

TVP nie ma szans na takie wodotryski, jakie funduje sobie TVN, więc „Wiadomości” próbowano zdynamizować poprzez zmianę sposobu prowadzenia programu. Teraz być może nastąpi odejście od tego pomysłu. Zdania widzów wypowiadających się na ten temat w blogach czy na forach internetowych są podzielone. Część z nich nie przyzwyczaiła się do zmian, choć od ich wprowadzenia minął mniej więcej rok. Inni uważają, że dynamiczny sposób prowadzenia sztandarowego programu informacyjnego TVP jest ciekawy i nie należy od niego odchodzić.

Coraz częściej dyskusje o programach informacyjnych nie dotyczą rzetelności, a tego, kto siedzi, kto stoi i na jakim tle. To nie znaczy, że oprawa programu jest nieistotna i nie należy o niej rozmawiać czy jej zmieniać. Każda zmiana związana z oprawą programu przyciąga uwagę odbiorców, ale nie każda jest przez nich akceptowana. Co więcej, nadmiar bezsensownych zmian skutkuje irytacją telewidzów.

Szefowie „Wiadomości”, zamiast rozprawiać o tym, czy prezenter ma stać, czy siedzieć, mogliby zadbać o mniejszą rotację prowadzących i lepszą jakość materiałów reporterskich. Niech będzie na siedząco, na stojąco – właściwie wszystko jedno. Byle nie na klęczkach.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.