Dostałam link do tekstu w serwisie Antyweb: „Co wspólnego ma ze sobą 20 najpopularniejszych stron na świecie?”. Autor artykułu dopuścił się plagiatu. Jak już pisałam odnosząc się do blogów kulinarnych, w internecie przypadki podpisywania się pod cudzymi tekstami czy zdjęciami nie należą do rzadkości. Na szczęście internauci potrafią tropić i piętnować plagiatorów, co pokazał kiedyś casus Elizy Michalik. Przeczytałam tekst, którego autorem jest Adrian Drózd, przeczytałam też oryginał. Smutne, że redaktor Antyweba zaczyna przygodę z pisaniem od d… strony (wybaczcie).
Uważam, że czytanie dobrych tekstów jest jednym z najlepszych sposobów, żeby nauczyć się dobrze pisać. I nie ma powodu, aby początkujący autor wstydził się, że szuka inspiracji. Człowiek podający źródła pokazuje, że potrafi docierać do informacji. Byłoby dobrze, gdyby te dane weryfikował i opatrywał krytycznym komentarzem (krytyczny nie musi być krytykancki). Ale jeśli ktoś zaczyna od podpisania się pod cudzym tekstem, to pokazuje, że:
1) jest nieuczciwy,
2) nie zna prawa autorskiego,
3) potrafi się podpisać.
I to trzecie trudno uznać za niezwykłe osiągnięcie.
Komentarze pod tekstem z Antyweba dotyczą nie tylko błędu, jakim był plagiat, ale też błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych. Jeden z komentujących pokusił się nawet o wskazanie kilku zdań zawierających tego rodzaju błędy. Zastanawiam się nad sensownością publikowania takich komentarzy. Adrian Drózd wprowadził poprawki we wskazanych miejscach, ale innych (nawet analogicznych) błędów już nie poprawił.
Na forach internetowych zwrócenie komuś uwagi na błąd kończy się flejmem i wyzywaniem od polonistek
Trzeba jednak odróżnić wytknięcie błędu w funkcji chwytu erystycznego (”nie potrafisz napisać źdźbło, a więc jesteś nieukiem i nie możesz mieć racji w tej dyskusji”) od rozpaczliwego nawoływania o zrozumienie dla czytelnika (”człowieku, stawiaj przecinki i kropki, bo nie rozumiem, o co ci chodzi!”). Szkoda czasu na bycie korektorem-wolontariuszem. Ignorowanie tekstów niezrozumiałych czy zawierających taką ilość błędów, która utrudnia czytanie, jest chyba lepszą strategią.
PS. A to się nazywa „lekkie pióro”: „Co wspólnego ma AntyWeb z kserokopiarką?”.
