Media o tragedii w Smoleńsku

„Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita” przygotowały specjalne wydania w formacie PDF, które można pobrać tutu.

„Fakt” również zapowiada wydanie dodatkowej sobotniej wersji, ale w formie papierowej. Gazeta będzie rozdawana wieczorem w Warszawie, Gdańsku, Sopocie, Gdyni, Szczecinie, Poznaniu, Krakowie, Katowicach, Sosnowcu i Bydgoszczy.

Specjalne wydanie dziennika „Polska the Times” będzie wieczorem rozdawane w kilku miastach Polski, ale można je też pobrać tutaj.

„Super Express” informację o zmianach w ramówkach telewizyjnych umieścił między innymi w dziale „Plotki”, w związku z czym informacja o śmierci Lecha Kaczyńskiego sąsiaduje z newsem, że Kate Moss pokazała piersi…

O medialnych reakcjach na katastrofę lotniczą w Smoleńsku piszą również dziennikarze serwisu Gazeta.pl.

Rodzinom ofiar składam wyrazy współczucia.
Pracownikom mediów życzę opanowania.

Mądrze napisał w swoim blogu Daniel Passent: „Na pytania o pytania o przyczyny i skutki przyjdzie czas. Reszta jest milczeniem”.

Trudne relacje

Dziennikarze i naukowcy dość zgodnie wyrażają przekonanie, że ich współpraca nie układa się najlepiej, ale są jednomyślni chyba tylko w tej kwestii. Najistotniejsze rozbieżności łączą się ze wskazywaniem strony odpowiedzialnej za trudne relacje. Dziennikarze winią pracowników naukowych, a naukowcy nie wyrażają się najlepiej o współpracy z ludźmi mediów. Prawda – jak to często bywa – leży gdzieś pośrodku.

Pisałam już, co mogą zrobić dziennikarze, by poprawić relacje z naukowcami (między innymi chodzi o poznawanie się, zdobywanie zaufania, o budowanie bogatej bazy kontaktów), a co z naukowcami? Być może w ogóle nie należy stawiać takiego pytania. To praca dziennikarzy polega na pozyskiwaniu informacji, na budowaniu dobrych relacji z osobami, które mogą pomóc w realizacji tematu, w tym z ludźmi nauki.

Dlaczego naukowcy mieliby dbać o kontakty z dziennikarzami? To już nie jest takie oczywiste. Dziennikarze dzwonią zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie, proszą o spotkanie natychmiast albo jeszcze szybciej, oczekują od rozmówcy potwierdzenia założonej tezy, wycinają fragmenty wypowiedzi tak, że później trudno jest poznać swoją opinię. Zniechęca to do odbierania telefonów z redakcji.

Relacje z dziennikarzami będą układały się bardziej pomyślnie, jeśli zrozumiemy, że pracują oni pod presją czasu i czekanie na odpowiedź nie jest ich ulubionym zajęciem. Warto też zwrócić uwagę na to, by wypowiedzi dla mediów były krótkie – one i tak muszą zostać odpowiednio zmontowane. Lepiej powiedzieć jedno zdanie i później usłyszeć je w całości, niż wygłosić dziesięć i mieć nadzieję, że dziennikarz wybierze właściwe.

Tym, co każdemu może pomóc w kontaktach z dziennikarzami, jest też znajomość prawa prasowego (Ustawa z dnia 26 stycznia 1984 r.) – warto zacząć od lektury tego dokumentu, by uniknąć nieporozumień.

Wielu przedstawicieli mediów (w tym mediów lokalnych) twierdzi, że redakcje są otwarte na współpracę z naukowcami, mogą na przykład publikować teksty ich autorstwa. Niewiele osób decyduje się jednak na takie działania, postrzegając je jako stratę czasu. Podobnie jest z informowaniem dziennikarzy o tym, co dzieje się na uczelni czy z odpowiadaniem na ich pytania. Pracownicy naukowi nie wiedzą, komu i czemu miałoby to służyć (poza tym, że służy dziennikarzom i mediom).

Jednym z powodów, dla których warto, by naukowcy pojawiali się w mediach, jest przedstawianie własnego punktu widzenia, własnej interpretacji tego, co dzieje się w szkolnictwie wyższym. Kiedy „Gazeta Wyborcza” opublikowała cykl artykułów pod hasłem: „Wyższa Szkoła Wstydu”, w środowisku akademickim zawrzało z oburzenia, ale niewiele osób zdecydowało się zabrać głos w debacie. Jeśli czytelnicy coś z niej zapamiętają, będą to zarzuty gazety, opinie dziennikarzy, a nie stanowisko naukowców.

Ważną kwestią jest kontaktowanie się z mediami, żeby poinformować o osiągnięciach naukowych czy o ciekawych wydarzeniach w środowisku akademickim. Publikowanie informacji na ten temat jest istotne i dla mediów, i dla uczelni, i dla lokalnej społeczności. Mieszkańcy miasta uniwersyteckiego często mają złą opinię zarówno o poziomie kształcenia, jak i o pracy naukowej, choć o jednym i drugim niewiele wiedzą, bo brakuje informacji na ten temat (a jeśli są, można odnieść wrażenie, że mają stronniczy charakter).

Warto też, by naukowcy dostrzegli nowe medium – internet. Kto nie ma ochoty pukać do drzwi redakcji, może stać się właścicielem własnego narzędzia przekazu. Blogi, fora dyskusyjne, a nawet telewizja internetowa – to tylko przykłady środków, jakie naukowcy mogą wykorzystać, by promować siebie i swoją uczelnię oraz dyskutować o sprawach dla nich ważnych. Gdyby trudności we współpracy z dziennikarzami miały być jedyną przeszkodą w realizacji tych zadań, to przecież można uniezależnić się od ich pośrednictwa.

Telefon do naukowca

„Gazeta Wyborcza” od wielu lat podejmuje różnorodne inicjatywy. Do najgłośniejszych akcji należą: „Rodzić po ludzku”, „Polacy, odwagi!” i  „Szkoła z klasą”. Ostatnio „Gazeta” zajęła się szkolnictwem wyższym. Celem cyklu artykułów publikowanych pod hasłem „Wyższa Szkoła Wstydu” było rozpoczęcie dyskusji o jakości kształcenia, problemach polskiej nauki, o poziomie studentów i grzechach środowiska akademickiego.

Akcja realizowana była również w oddziałach regionalnych „Gazety Wyborczej”, w tym w redakcji olsztyńskiej. Zarówno dziennikarze, jak i naukowcy mieli okazję porozmawiać na temat cyklu publikacji podczas spotkania, jakie odbyło się w kawiarni Gazeta Cafe dziewiątego listopada. Było zaskakująco spokojnie - być może z tego powodu, że osoby najbardziej oburzone artykułami postanowiły nie brać udziału w debacie.

Jednym z podstawowych problemów poruszonych podczas spotkania była współpraca pomiędzy dziennikarzami i naukowcami. Dziennikarze twierdzą, że naukowcy niechętnie udzielają informacji, nie mają czasu na rozmowy, wykręcają się koniecznością otrzymania od przełożonych zgody na wypowiedź. W związku z tym dziennikarze mają ograniczone pole manewru i niewielką grupę potencjalnych rozmówców.

Należy jednak pamiętać, że o dziennikarzu świadczy jego notes, w którym znajdują się telefony do osób mogących pomóc przy realizacji określonych tematów. Im taka baza jest szersza, tym lepiej. Ale przecież nie sztuką jest spisać telefony do osób, których się nie zna. Budowanie bazy kontaktów wiąże się z poznawaniem ludzi i zdobywaniem ich zaufania.

Oczywiście można próbować tłumaczyć dziennikarzy. Kiedy przygotowują tekst „na wczoraj”, nie mają czasu poznawać nowych ekspertów. Pytają tych już wypróbowanych. Tyle że praca dziennikarza polega nie tylko na realizowaniu konkretnych tematów, ale i na bywaniu na ciekawych spotkaniach, na poznawaniu ludzi. Okazji do poznawania naukowców jest naprawdę wiele.

Jeśli dziennikarz ma w swoim notesie telefon do jednego psychologa, jednego socjologa i jednego politologa, to nie świadczy o jego warsztacie najlepiej. Przekłada się to na jakość artykułów, w których brakuje różnorodności opinii; zawsze pojawia się ten sam przewidywalny głos. I co najdziwniejsze, krytykowani przez opinię publiczną są „dyżurni eksperci”, a nie dziennikarze wybierający wciąż tych samych rozmówców.

Czy rzeczywiście naukowcy tak opornie współpracują z mediami? Chętnie zobaczyłabym statystykę pokazującą, ilu z nich odmówiło dziennikarzom komentarza. Dowodem na to, że specjaliści chcą pojawiać się w mediach, są serwisy takie jak: „Eksperci dla Mediów” czy „Zapytaj Ekspertów”. Nic nie stoi na przeszkodzie, by pojawiali się tu również naukowcy. W tak niewielkim środowisku, jakim jest olsztyński uniwersytet, serwis „Zapytaj naukowca” chyba nie jest potrzebny.

Póki dziennikarze nie zmienią swojego warsztatu, rozwiązanie jest jedno: naukowcy muszą sami docierać do mediów (oczywiście jeśli mają ochotę). Media są otwarte na takie inicjatywy. Tylko trzeba pomyśleć o konsekwencjach.

Kilka lat temu do radia Tok FM zadzwonił politolog z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach - Marek Migalski. Powiedział, że nie zgadza się z przedstawioną na antenie wypowiedzią eksperta i chciałby zabrać głos. Dziś jest posłem do Parlamentu Europejskiego. A zatem trzeba być przygotowanym na rozwój sytuacji.

Naukowcy blogują

Blogerzy piszą o wampirach, o szydełkowaniu, o afrykańskich jeżach, o samochodach, o podróżach autostopem, o życiu matki trojga dzieci, o pracy w korporacji… Jeśli w dziennikach internetowych można pisać o wszystkim, to czemu by nie pisać również o nauce?

Blogi kojarzą się zazwyczaj z ekshibicjonizmem, z ujawnianiem szczegółów z życia prywatnego, z opisywaniem codzienności. Oczywiście są i takie dzienniki internetowe, ale coraz częściej powstają blogi profesjonalne, tworzone przez specjalistów w jakiejś dziedzinie, również przez naukowców. Są one cennym źródłem informacji nie tylko dla badaczy, ale i dla ludzi niezwiązanych ze środowiskiem naukowym, a zainteresowanych danym tematem.

Piotr Cieśliński w artykule „Nauka trafiła do blogów” opublikowanym kilka lat temu w „Gazecie Wyborczej” stwierdził między innymi: „Z punktu widzenia laika naukowe blogi mają ogromną przewagę nad specjalistycznymi czasopismami. Pisane są językiem pozbawionym żargonu. Dowodzą, że uczeni są ludźmi z krwi i kości, a sama nauka nie jest skostniała i pozbawiona emocji” („Gazeta Wyborcza” 2006, nr 263, s. 19).

O tym, że o nauce można pisać ciekawie, świadczą liczne blogi anglojęzyczne. Jednym z najpopularniejszych na świecie blogów naukowych jest „Pharyngula” Paula Z. Myersa, w którym autor zażarcie walczy z kreacjonizmem (http://scienceblogs.com/pharyngula). Mity związane z astronomią obala Phil Plait (http://blogs.discovermagazine.com/badastronomy), a o kulturze w świecie mediów cyfrowych pisze Jill Walker Rettberg (http://jilltxt.net).

Polscy naukowcy nie pozostają w tyle. Aneta Rostkowska w dzienniku internetowym „Parergonn” pisze o filozofii i sztuce (http://parergonn.blogspot.com). Autor blogu „Miggawki” porusza przede wszystkim zagadnienia z zakresu biologii, a swoje wpisy uzupełnia licznymi ilustracjami i krótkimi filmami (http://migg.wordpress.com). Z kolei Wojciech Pastuszka pisze o odkryciach archeologicznych (http://archeowiesci.blox.pl)*.

Blog jest narzędziem, dzięki któremu naukowcy mogą rozpropagować swoje osiągnięcia w środowisku naukowym i poza nim. W komentarzach pod wpisami rozwijają się ciekawe dyskusje. Czytelnicy proponują autorom kolejne tematy, proszą o wyjaśnienia, podpowiadają inne rozwiązania poruszanych problemów. Nie zawsze jest sielankowo - blogerzy spotykają się też z krytyką, ale dzięki temu mogą zweryfikować swoje stanowisko bądź udoskonalić umiejętność odpierania zarzutów.

Jak zacząć blogowanie? Najłatwiej jest założyć blog w jednym z serwisów blogowych, np. WordPress.com, Blog.pl, Blox.pl, Blogger.com, Blog Onet.pl, Bloog.pl. Prowadzenie dzienników internetowych na tego typu platformach jest darmowe. Można też założyć własną stronę WWW i na niej tworzyć blog. Wymaga to nieco większych umiejętności, ale dostępne są narzędzia, które ułatwiają zadanie.

Naukowcy pytani o to, czy chcieliby prowadzić blog, czasem mówią, że blogowanie jest dla tych, którzy nie mają co robić. Tymczasem jest wręcz przeciwnie – ciekawy blog stanowi odzwierciedlenie ciekawego życia, a także niebanalnych zainteresowań i interesujących przemyśleń.

* Sprostowanie w komentarzu.

Cięcie czasu dla Orkiestry

Kierownictwo TVP2 postanowiło skrócić czas przeznaczony na transmisję Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Ta decyzja nie mogła przejść bez echa, bo nie tylko WOŚP, ale i sam Jerzy Owsiak budzi sprzeczne emocje i wywołuje wiele kontrowersji.

Spór pomiędzy Jerzym Owsiakiem a Wojciechem Pawlakiem, dyrektorem TVP2, toczy się o czas antenowy – dokładnie o 38 minut – bo o tyle postanowiono skrócić transmisję Finału WOŚP. Podczas konferencji prasowej Owsiak apelował do kierownictwa telewizyjnej „Dwójki”, aby nie ograniczać czasu przeznaczonego na transmisję. To nie jest problem, który można rozwiązać za pomocą konferencji prasowej. Od jakiegoś czasu funkcjonuje w Polsce zwyczaj porozumiewania się polityków za pośrednictwem mediów. Czyżby przenosił się on na inne sfery życia?

Być może stało się coś, co sprawiło, że Owsiak postanowił sięgnąć po narzędzie w postaci konferencji prasowej. W wywiadzie udzielonym telewizji TVN24 szef WOŚP mówił o problemach wynikających ze zmian personalnych w Telewizji Polskiej. Rzeczywiście, trudno jest uzgadniać szczegóły, jeśli co chwilę rozmawia się z kimś innym. Problemy organizacyjne muszą być też w samej WOŚP, jeśli jej szef o kłopotach z transmisją dowiaduje się z mediów, a nie od współpracowników. W przedświątecznym felietonie pisałam o tym, że sprawna organizacja akcji charytatywnej to nie wszystko. Nie wszystko, ale od tego trzeba zacząć.

Konflikt pomiędzy TVP2 a Owsiakiem wiąże się z tym, że szef WOŚP zaczął współpracę z telewizją TVN i zapowiedział nawiązanie rozmów z Polsatem. Przedstawiciele Telewizji Polskiej zdają sobie jednak sprawę z tego, że transmisja w TVP2 zapewnia dotarcie do sporej rzeszy odbiorców, a to przekłada się na wysokość kwot zbieranych przez WOŚP. Zważywszy na fakt, że kierownictwo TVP lubiło się chwalić Orkiestrą, koniec współpracy wiązałby się ze stratą dla obu stron.

Czas przeznaczony na emisję Finału WOŚP skrócono w ciągu ostatnich kilkunastu lat z ośmiu do niespełna czterech godzin – to wyraźny znak, że zmniejsza się zainteresowanie telewizyjnej „Dwójki” współpracą z Owsiakiem. Teraz problemem nie jest jednak ograniczanie współpracy na przestrzeni ostatnich lat, ale zmienianie warunków umowy tuż przed imprezą. To jeden z wielu przejawów bałaganu panującego w TVP.

WOŚP jest nie tylko wydarzeniem charytatywnym, ale i medialnym. Sam Owsiak jest osobowością medialną, a nawet autorytetem (co pokazał sondaż przeprowadzony przez TNS OBOP dla „Polityki”). Jednak atrakcyjność telewizyjnych relacji z Finału WOŚP w opinii wielu widzów zmniejsza się z roku na rok. Udział mają w tym, moim zdaniem, transmisje z regionów, bo ich poziom bywa żenujący. Poza tym, dochodzi do głosu znudzenie powtarzającą się formułą – i nie chodzi tu o akcję charytatywną, ale o przedsięwzięcie medialne. Finał WOŚP to ciekawe wydarzenie, ale czy widzowie TVP2 chcą je jeszcze oglądać?

Symbole i gesty

Każda sytuacja polegająca na zetknięciu się dwóch kultur jest trudna. Trudności zwiększają się, kiedy któraś ze stron niewystarczająco dba o wzajemne zrozumienie. Symbole czy gesty mogą stać się zarówno płaszczyzną porozumienia, jak i niezgody między stronami biorącymi udział w procesie komunikacji.

Dziś serwisy internetowe poinformowały o pewnym symbolu i pewnym geście. Marek Edelman wyraził swoje oburzenie, ponieważ organizatorzy rocznicy powstania w getcie warszawskim zadecydowali o uczczeniu tego wydarzenia między innymi poprzez rozdawanie opasek z gwiazdą Dawida. Chęci były dobre. Jak mówi Gołda Tencer: „Opaska to powód do chwały, a nie hańba”. Szefowa Fundacji Szalom odwołała się do słów Juliana Tuwima: „Opaski, które nosiliście w getcie, będą większe niż wszystkie odznaczenia” (cytuję za portalem TVN24.pl).

Wśród komentarzy internautów dotyczących słów Edelmana przeważają wypowiedzi antysemickie. Mało jest głosów osób, które chciałyby wyjaśnić, w czym tkwi problem i jak można rozumieć symbol gwiazdy Dawida. Nie ma próby zrozumienia, są za to wypowiedzi takie jak ta: „A kto by tam was zrozumiał! Was i te wasze symbole”. Dosadniejszych nie cytuję. Dziwne jest, kiedy wymaga się znajomości, a także szacunku symboli własnych, a nie stara się zrozumieć symboli cudzych.

Edelman wypowiedział się w sposób bardzo emocjonalny. Problem nie polega jednak na tym, czy Edelman przesadził z reakcją. Problem tkwi w tym, czy symbol w tych okolicznościach, w określonym kontekście, został odpowiednio wykorzystany. Interpretacja Gołdy Tencer jest przekonująca, ale jak widać – nie każdy w ten sposób interpretował rozdawanie opasek z gwiazdą Dawida podczas obchodów rocznicy powstania w getcie. Próba porozumienia się poprzez symbol gdzieś jednak zawiodła.

I jeszcze o jednym geście. Na konferencji prasowej Putina i Berlusconiego dziennikarka zadała prezydentowi Rosji pytanie o jego domniemany rozwód i równie domniemane małżeństwo z gimnastyczką. Reakcją Berlusconiego był gest naśladujący strzał do dziennikarki. Jak zauważa „La Repubblica” (co cytuję za Gazetą.pl): „być może zapomniał, że w Rosji odważna dziennikarka Anna Politkowska została naprawdę zabita”. Ciekawe, czy Berlusconi wie, jak wymowny był jego gest.

Netokracja

Aleksander Bard i Jan Söderqvist piszą, że „teoria netokracji jest poprawnym opisem świata”. Uderzająca jest pewność autorów „Netokracji”, że są nieomylni. Twierdzą oni, że piszą z profetyczną precyzją. Są nawet przekonani, że atak na WTC nie powinien być zaskoczeniem dla ich czytelników.

Edwin Bendyk we wstępie do „Netokracji” napisał o jej autorach: „Uważają, że to im przypada na wyłączność sformułowanie nowego paradygmatu i odkrycie praw stanowiących jego fundament. Za nic mają innych myślicieli, którzy również badają konsekwencje usieciowienia”. Dodał też, że w książce „nie brakuje rażących uproszczeń”. Bendyk tłumaczy to faktem, że „Netokracja” „nie jest opracowaniem naukowym, a manifestem”.

Interesujące są opinie Barda i  Söderqvista o  roli mediów w polityce czy chociażby o dominacji informacji szybkiej nad rzetelną. Główna teoria, którą głoszą autorzy „Netokracji”, jest ciekawa i czytelnicy mają podstawy sądzić, że to koncepcja uzasadniona.

Przewodnia myśl książki ginie jednak w natłoku wątpliwej jakości hipotez traktowanych jak prawdy objawione. Autorzy starają się uzasadnić swoją teorię szeregiem argumentów, jednak nie zauważają, że argumenty te wzajemnie się wykluczają.

Bard i  Söderqvist gmatwają się między innymi, gdy analizują kwestię sieciowości społeczeństwa. Choć piszą o „netokratycznej sieci”, to w istocie opisują (a nawet przedstawiają w formie rysunku) „sieciową piramidę”. Tym samym mylą koncepcję sieci ze strukturą feudalną.

Zygmunt Bauman w książce „Płynne czasy” napisał o sobie: „autor jest (…) przekonany, że wszelkie odpowiedzi byłyby autorytatywne, przedwczesne i potencjalnie mylące”. W związku z tym stwierdził, że jego rolą jest stawianie pytań. Zadający pytania Bauman odsłania przed czytelnikiem więcej niż Bard i Söderqvist głoszący jedynie słuszne teorie.

Rospuda

Rozumiem, że mieszkańcy Augustowa chcą mieć obwodnicę. Rozumiem, że tego samego chcą ekolodzy. Problemem: lokalizacja. Kto augustowianom powiedział, że wybór jest pomiędzy: wszystko albo nic? No i mamy zielone wstążki kontra pomarańczowe wstążki (takie noszą mieszkańcy Augustowa, którzy chcą obwodnicy). Antagonizowanie społeczeństwa świetnie politykom wychodzi.

Zachowanie ministra środowiska, który stwierdza, że obwodnica ma przecinać Dolinę Rospudy, bo takie były plany, to skandal. Budowa ma ruszyć jutro. Augustowianie grożą blokadami dróg, jeśli Komisja Europejska dalej będzie się sprzeciwiała budowie obwodnicy.

W materiale na temat Rospudy pokazanym kilka dni temu w „Faktach” pewna pani powiedziała, że kiedyś liczył się człowiek, a teraz się liczą kwiatki. Szkoda, że mieszkańcy Augustowa nie rozumieją jednego: dostali darmową reklamę. Gdyby władze zgodziły się na budowę obwodnicy w innym miejscu, mieszkańcy Augustowa mieliby świetnie rozreklamowaną atrakcję turystyczną. A tak będą mieli najdroższą obwodnicę na świecie.

Zabetonować bagna i zapłacić karę. Polska to bogaty kraj.

Przemówienia są…

…za długie. Czasem są nawet o niczym.

Przygotowuję program zajęć z retoryki i w związku z tym czytam wiele przemówień. Szukam materiałów, które zainteresowałyby studentów dziennikarstwa. Przejrzałam dziesiątki przemówień powitalnych, pożegnalnych, z okazji rocznicy, ku czci…

Tradycja przemawiania w narodzie nie ginie. Wzorem polityków wiele osób hołduje zasadzie „im więcej, tym lepiej”. Rewelacyjne są wystąpienia z cytatami i metaforami w roli głównej. Dużo słów i mało treści. Czasem gdyby ktoś nie znał okoliczności przemówienia, nie domyśliłby się, w jakim celu mówca zabierał głos.

Mówienie nie na temat jest bardzo popularne. Kilka dni temu rewelacyjny pomysł miał jeden z widzów „Szkła kontaktowego”, który wymyślił konkurs: zadaniem widzów byłoby na podstawie odpowiedzi polityka zgadnąć, jakie pytanie zadał dziennikarz. Totolotek. Podobny konkurs mógłby dotyczyć przemówień. „O czym mówił?” – „Tego właśnie nie powiedział”.

Jak działają media lokalne

Kilka miesięcy temu dowiedziałam się od jednego z olsztyńskich dziennikarzy, że nie może napisać krytycznego artykułu na temat firmy, która reklamuje się w jego gazecie. Chodziło o firmę, która oszukała dziesiątki pracowników i klientów.

Podobno taka niepisana zasada obowiązuje w wielu olsztyńskich mediach – jeśli firma płaci gazecie, stacji radiowej czy telewizji za reklamy, to dziennikarzom nie wolno powiedzieć o tej firmie złego słowa.

Kilka dni temu okazało się, że już można pisać o oszustwach firmy, bo sąd ogłosił jej upadłość. Olsztyńskie media zainteresowały się sprawą. Gazeta, która jakiś czas temu nie chciała opublikować materiału na ten temat, dziś nie ma nic przeciwko.

Zdążyła już powstać nowa firma pod niemal taką samą nazwą (poprzednia była własnością żony, nowa jest własnością męża). Ciekawe tylko jak długo media będą interesowały się oszustwami właścicieli firmy. Pewnie ta nowa firma też będzie chciała się reklamować. Czy wtedy znów nie będzie wolno o niej pisać?