(Nie)medialni niepełnosprawni

W serwisach społecznościowych toczą się dyskusje na temat nikłej obecności paraolimpiady w polskich mediach. Na zarzuty, że w polskich mediach niewiele mówi się na temat paraolimpiady i paraolimpijczyków, przedstawiciele redakcji odpowiadają, że w innych krajach jest tak samo albo i gorzej.

Nie wiem, jak jest w innych krajach, ale w Polsce stosunek mediów do paraolimpiady jest chyba pochodną stosunku społeczeństwa do osób niepełnosprawnych.

Kiedyś był w telewizji publicznej program „Luz” (to tylko starszaki pamiętają) i w tym programie promowano akcję „Wojna z trzema schodami”. Prosta idea: powstaje nowy budynek – niech nie będzie tam niepotrzebnych schodów, remont placu – niech będą łatwe podjazdy. Ta akcja przychodzi mi na myśl zawsze, gdy widzę olsztyński plac przed ratuszem. „Schody, schody, schody…” (i tu ciąg dalszy piosenki).

O niepełnosprawnych w mediach mówi się, kiedy zdarzy się wypadek. Wypadki są medialne. Tak jak sytuacja z końca 2008 r., kiedy niewidomy student wpadł pod pociąg metra, bo krawędź peronu nie była odpowiednio oznaczona.

O tym wypadku przypomniałam sobie, kiedy w Londynie zobaczyłam, jak pracownik metra zatrzymuje ruchome schody, żeby niewidoma dziewczyna z psem-przewodnikiem mogła bezproblemowo dostać się na wyższy poziom. Zresztą nigdzie nie widziałam tak wielu ludzi na wózkach – np. w muzeach – jak w Londynie.

Na koniec jeszcze o igrzyskach olimpijskich (tych nieparaolimpijskich). Wśród wolontariuszy, tancerzy i in. osób biorących udział w otwarciu igrzysk byli np. ludzie na wózkach. Najwyraźniej nikt z organizatorów nie uważał, że są niemedialni i powinni wystąpić tylko na otwarciu „swojej” olimpiady.

Szkoda, że w polskich mediach paraolimpiada jest tak mało widoczna. Zależność w „normalnym” sporcie jest prosta: są sukcesy – są media – jest popularność – są sponsorzy i reklamodawcy. A paraolimpijczycy: są sukcesy… i co dalej?

Co powinien wiedzieć absolwent politologii?

W rozmowie z Moniką Olejnik w programie „Gość Radia ZET” Robert Biedroń przyznał, że nie wie, co to jest Konwent Seniorów i Prezydium Sejmu. W tym kontekście w mediach pojawiła się informacja, że Biedroń jest absolwentem politologii na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie (czy to nie było jeszcze za czasów Wyższej Szkoły Pedagogicznej?). Przydługi cytat ze strony programu „Gość Radia ZET”:

Monika Olejnik: No właśnie, czy młody parlamentarzysta wie co to jest Konwent Seniorów.

Robert Biedroń: Oczywiście.

Monika Olejnik: Tak!?

Robert Biedroń: Tak.

Monika Olejnik: No to co to jest Konwent Seniorów.

Robert Biedroń: Konwent Seniorów to jest zebranie najważniejszych, najstarszych posłów w parlamencie. Nie!?

Monika Olejnik: Nie.

Robert Biedroń: Ale kompromitacja. Jestem młodym parlamentarzystą.

Monika Olejnik: Konwent Seniorów to jest spotkanie seniorów, to strasznie komiczne. Wie pan, co to jest, to się spotykają marszałkowie, wicemarszałkowie…

Robert Biedroń: A, no tak.

Monika Olejnik: …przewodniczący klubów.

Robert Biedroń: Szkolenie mamy w przyszłym tygodniu.

Monika Olejnik: Aha, no to dobrze..

Robert Biedroń: W poniedziałek i wtorek, nauczę się.

Monika Olejnik: Ale prezydium sejmu to pan wie, co to jest.

Robert Biedroń: Czyli spotkanie marszałków.

Monika Olejnik: Nie, znowu błąd (…).

Kto powinien się wstydzić tego, że Robert Biedroń, absolwent politologii, nie wie, co to jest Konwent Seniorów? Jego nauczyciele czy on sam? Ostatnio odbyłam poważną rozmowę na temat tego, co studenci danego kierunku wiedzieć powinni. Rozmowa dotyczyła również „przymykania oka” na studentów, którzy udają, że się uczą i nauczycieli, którzy udają, że uczą. Jakoś ta wczorajsza rozmowa w Radiu Zet wpisuje się w moje refleksje na temat dydaktyki w szkołach wyższych.

Być może nauczyciele Roberta Biedronia zrobili „facepalma”, kiedy usłyszeli, czego ich student nie wie. I słusznie, i niesłusznie. Słusznie, bo reakcja na niewiedzę normalna. Niesłusznie, bo są absolwenci olsztyńskiej politologii, którzy wstydu temu kierunkowi swoją niewiedzą nie przynoszą — wręcz przeciwnie. Choć nie zajmują się polityką (bo akurat takich znam), to ich wiadomości i umiejętności pozwalają im być racjonalnie myślącymi uczestnikami życia publicznego.

Kto uważa, że kandydaci na posłów i senatorów powinni zaliczać test kompetencyjny? (ręka do góry) Już widzę ten las rąk wyborców i robiących ściągi kandydatów.

Jak zrazić do siebie czytelnika…

…i to już w pierwszym zdaniu? Tej trudnej sztuki można nauczyć się z tekstu „Czy tramwaje nie interesują olsztynian?”. Na podstawie samej formy tytułu można domniemywać, że dziennikarz jest skłonny odpowiedzieć twierdząco na postawione przez siebie pytanie.

Przeczytajmy pierwsze zdanie: „Mieszkańcy Olsztyna słabo interesują się sprawami swojego miasta”. I tu mogłabym już skończyć lekturę artykułu, bo zdanie jest według mnie nieprawdziwe i krzywdzące olsztynian.

Dlaczego tak myślę? Otóż widziałam sporą grupę ludzi na spotkaniu w sprawie strategii promocyjnej Olsztyna i na innych spotkaniach w Kamienicy Naujacka, gdzie dyskutowano na temat Olsztyna. Widziałam też moderatorów mających problem z utrzymaniem burzliwej dyskusji w ryzach. Widziałam ludzi mających fantastyczne pomysły na rozwój Olsztyna, żywo zainteresowanych braniem udziału w debatach dotyczących tego miasta.

Autor podpisujący się jako „mbob” twierdzi, że olsztynianie „słabo interesują się sprawami swojego miasta”, ponieważ na spotkanie w sprawie tramwajów przyszło „zaledwie ok. 50 osób”.

Zadam inne pytanie niż „mbob”, być może oparte na błędnym założeniu, ale niech będzie: Dlaczego olsztynianie coraz mniej interesują się konsultacjami społecznymi czy też w ogóle mniej interesują się spotkaniami na temat rozwoju Olsztyna? Bo nabierają przekonania, że ich zdanie się nie liczy. Dlaczego? Z uwagi na stosowanie przez włodarzy miasta metody faktów dokonanych: betonuje się plac i mówi ludziom, że do tego betonu to już nic tradycyjnego nie będzie pasowało — tylko nowoczesne „meble miejskie”.

Wrócę jeszcze do tekstu, ale cały czas pozostaję przy lidzie. Dwa pierwsze zdania: „Mieszkańcy Olsztyna słabo interesują się sprawami swojego miasta. Na spotkanie w ramach konsultacji społecznych dotyczące żywo komentowanego tematu tramwajów (konkretnie lokalizacji przystanków) przyszło zaledwie ok. 50 osób” — i już sprzeczność. Albo ludzie się nie interesują, albo temat jest żywo komentowany. Jeśli komentują, to się interesują.

W tekście zabrakło więc: po pierwsze primo — zbadania tematu, po drugie primo — logiki.

Jeszcze raz o plagiatach, ale i o korekcie

Dostałam link do tekstu w serwisie Antyweb: „Co wspólnego ma ze sobą 20 najpopularniejszych stron na świecie?”. Autor artykułu dopuścił się plagiatu. Jak już pisałam odnosząc się do blogów kulinarnych, w internecie przypadki podpisywania się pod cudzymi tekstami czy zdjęciami nie należą do rzadkości. Na szczęście internauci potrafią tropić i piętnować plagiatorów, co pokazał kiedyś casus Elizy Michalik. Przeczytałam tekst, którego autorem jest Adrian Drózd, przeczytałam też oryginał. Smutne, że redaktor Antyweba zaczyna przygodę z pisaniem od d… strony (wybaczcie).

Uważam, że czytanie dobrych tekstów jest jednym z najlepszych sposobów, żeby nauczyć się dobrze pisać. I nie ma powodu, aby początkujący autor wstydził się, że szuka inspiracji. Człowiek podający źródła pokazuje, że potrafi docierać do informacji. Byłoby dobrze, gdyby te dane weryfikował i opatrywał krytycznym komentarzem (krytyczny nie musi być krytykancki). Ale jeśli ktoś zaczyna od podpisania się pod cudzym tekstem, to pokazuje, że:
1) jest nieuczciwy,
2) nie zna prawa autorskiego,
3) potrafi się podpisać.
I to trzecie trudno uznać za niezwykłe osiągnięcie.

Komentarze pod tekstem z Antyweba dotyczą nie tylko błędu, jakim był plagiat, ale też błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych. Jeden z komentujących pokusił się nawet o wskazanie kilku zdań zawierających tego rodzaju błędy. Zastanawiam się nad sensownością publikowania takich komentarzy. Adrian Drózd wprowadził poprawki we wskazanych miejscach, ale innych (nawet analogicznych) błędów już nie poprawił.

Na forach internetowych zwrócenie komuś uwagi na błąd kończy się flejmem i wyzywaniem od polonistek :) Trzeba jednak odróżnić wytknięcie błędu w funkcji chwytu erystycznego (”nie potrafisz napisać źdźbło, a więc jesteś nieukiem i nie możesz mieć racji w tej dyskusji”) od rozpaczliwego nawoływania o zrozumienie dla czytelnika (”człowieku, stawiaj przecinki i kropki, bo nie rozumiem, o co ci chodzi!”). Szkoda czasu na bycie korektorem-wolontariuszem. Ignorowanie tekstów niezrozumiałych czy zawierających taką ilość błędów, która utrudnia czytanie, jest chyba lepszą strategią.

PS. A to się nazywa „lekkie pióro”: „Co wspólnego ma AntyWeb z kserokopiarką?”.

Plaga plagiatów — tym razem kulinarnie

Moimi ulubionymi blogami są blogi kulinarne. Na potrzeby pracy doktorskiej przeczytałam i przeanalizowałam kilkaset blogów. Blogi kulinarne stanowią ten typ blogów, jaki nigdy mi się nie znudził (żeby nie napisać „nie obrzydł”).

Regularnie śledzę to, co dzieje się w blogosferze kulinarnej i niestety pewne zjawisko pozostaje tu niezmienne — plagiatowanie. W blogu „Around the kitchen table” pojawił się niedawno wpis, w którym Ewelina Majdak informuje, że zdjęcie jej autorstwa pojawiło się w „Chwili dla Ciebie”. Oczywiście nie ona je tam wysłała i nie ona jest pod nim podpisana. Czytelniczka „Chwili dla Ciebie” podpisała się pod zdjęciem i przepisem autorstwa blogerki. Nie była to jednak dla owej czytelniczki chwila sławy — blogerzy kulinarni nie od dziś piętnują takie zachowania.

Kilka lat temu głośno było o Smakerze. W serwisie tym opublikowano wiele tekstów i fotografii będących własnością blogerów (oczywiście bez ich wiedzy i zgody). Pisał o tym nawet InternetStandard. Co jakiś czas na forach kulinarnych pojawiają się wątki detektywistyczne — tu internauci przedstawiają wyniki swoich śledztw, a więc piszą kto, komu i co ukradł.

Takie wątki (jak ten z „Galerii potraw”) można oceniać jako nieskuteczne, ale myślę, że głośne piętnowanie plagiatorów jest potrzebne. Oczywiście za tym muszą iść zgłoszenia do poszczególnych serwisów publikujących treści będące plagiatami. I tu duża rola administratorów tych serwisów, którzy powinni odpowiednio zareagować na zgłoszenia.

Administratorzy serwisów internetowych najchętniej wskazują, że to nie oni, a użytkownicy ponoszą odpowiedzialność za łamanie praw autorskich. Problem opisany przez Ewelinę Majdak przypomniał mi, że swego czasu nawet Gazeta.pl miała sporą wpadkę (zdjęcia użytkowniczki forum i blogerki zostały wykorzystane na potrzeby portalu, ale nazwisko/nick autorki pominięto — fotografię opisano jako zdjęcie Gazety).

Zastanawiające są opinie, że internauta musi się liczyć z tym, że ktoś jego teksty/zdjęcia opublikuje jako własne. Na forach czy w blogach kulinarnych przy okazji dyskusji na temat własności intelektualnej powtarzają się tego rodzaju wypowiedzi: skoro zamieszczasz coś w sieci, to licz się z tym, że ktoś to ukradnie. Pokrętne.

A wystarczyłoby wskazać źródło materiału i nie byłoby problemu. Czy naprawdę są ludzie myślący, że jeśli coś jest w internecie, to można sobie wziąć i się pod tym podpisać? Najwyraźniej. Pytanie tylko, na ile są to działania świadome, z premedytacją, a na ile wynikające z nieznajomości prawa? Jeśli to pierwszy powód, należałoby zadbać o surowsze traktowanie osób dopuszczających się plagiatów, jeśli drugi — o edukację.

Choć przyznam, że edukacja to będzie wyzwanie. Wiem, jak trudno uświadomić człowiekowi, że nie powinien podpisywać się pod cudzym tekstem. I że jeśli zamienił przecinek na „i”, to jeszcze nie zmienia jego sytuacji. Podobnie jak to, że oddał tę pracę już komuś innemu i przeszło, więc chyba jest dobra. I że przecież on mi oddaje pracę, to w czym problem? A poza tym, to przepisał ten tekst odręcznie, a nie skopiował i wydrukował, to chyba się liczy!

Drodzy blogerzy kulinarni — rozumiem i popieram wasze działania.

Otwarty dostęp a promocja uczelni

Profesor Stanisław Czachorowski napisał, że zaczyna się Open Access Week (Tydzień Otwartego Dostępu), a ja napiszę, że się kończy, żeby była jakaś klamra kompozycyjna :)

Z okazji Tygodnia Otwartego Dostępu wiele mówiono i pisano (chyba przede wszystkim w internecie) o dzieleniu się wiedzą i o licznych korzyściach płynących z wymiany danych. Przy okazji tego rodzaju dyskusji często powraca temat polskich uczelni i ich otwartości na otoczenie.

Szukając różnych głosów w tej sprawie, trafiłam na opublikowaną już jakiś czas temu w „Forum Akademickim” rozmowę z Markiem Zimnakiem, prezesem Stowarzyszenia PR i Promocji Polskich Uczelni PRom
. Kto interesuje się blogami, ten będzie kojarzył Marka Zimnaka z nickiem Zimny Reset i z jednym z pierwszych blogów tworzonych w serwisie internetowym magazynu „Chip”.

Marek Zimnak mówi w wywiadzie m.in. o potrzebie pracy nad wizerunkiem polskich uczelni. Jest to spojrzenie profesjonalisty, specjalisty od PR-u i warto zwrócić uwagę, że nie zaprzecza on, gdy w pytaniu prowadzącego rozmowę, Andrzeja Świcia, pada opinia, że „Szkolnictwo wyższe ma ostatnio bardzo złą prasę. Po części zasłużoną, bo jest konserwatywne, ale w jeszcze większej części biorącą się z nieznajomości przez media jego spraw i specyfiki oraz stawiania uproszczonej diagnozy”.

Być może dobrze byłoby częścią dbania o wizerunek uczelni uczynić angażowanie się w inicjatywy świadczące o nowoczesności szkół wyższych, o patrzeniu w przyszłość. Idee związane z nowymi technologiami z pewnością mogą popularyzować pracownicy uczelni będący pasjonatami, ale nie zdziała się wiele bez wsparcia „góry”, o czym wspomina Marek Zimnak w końcówce wywiadu.

Media o tragedii w Smoleńsku

„Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita” przygotowały specjalne wydania w formacie PDF, które można pobrać tutu.

„Fakt” również zapowiada wydanie dodatkowej sobotniej wersji, ale w formie papierowej. Gazeta będzie rozdawana wieczorem w Warszawie, Gdańsku, Sopocie, Gdyni, Szczecinie, Poznaniu, Krakowie, Katowicach, Sosnowcu i Bydgoszczy.

Specjalne wydanie dziennika „Polska the Times” będzie wieczorem rozdawane w kilku miastach Polski, ale można je też pobrać tutaj.

„Super Express” informację o zmianach w ramówkach telewizyjnych umieścił między innymi w dziale „Plotki”, w związku z czym informacja o śmierci Lecha Kaczyńskiego sąsiaduje z newsem, że Kate Moss pokazała piersi…

O medialnych reakcjach na katastrofę lotniczą w Smoleńsku piszą również dziennikarze serwisu Gazeta.pl.

Rodzinom ofiar składam wyrazy współczucia.
Pracownikom mediów życzę opanowania.

Mądrze napisał w swoim blogu Daniel Passent: „Na pytania o pytania o przyczyny i skutki przyjdzie czas. Reszta jest milczeniem”.

Trudne relacje

Dziennikarze i naukowcy dość zgodnie wyrażają przekonanie, że ich współpraca nie układa się najlepiej, ale są jednomyślni chyba tylko w tej kwestii. Najistotniejsze rozbieżności łączą się ze wskazywaniem strony odpowiedzialnej za trudne relacje. Dziennikarze winią pracowników naukowych, a naukowcy nie wyrażają się najlepiej o współpracy z ludźmi mediów. Prawda – jak to często bywa – leży gdzieś pośrodku.

Pisałam już, co mogą zrobić dziennikarze, by poprawić relacje z naukowcami (między innymi chodzi o poznawanie się, zdobywanie zaufania, o budowanie bogatej bazy kontaktów), a co z naukowcami? Być może w ogóle nie należy stawiać takiego pytania. To praca dziennikarzy polega na pozyskiwaniu informacji, na budowaniu dobrych relacji z osobami, które mogą pomóc w realizacji tematu, w tym z ludźmi nauki.

Dlaczego naukowcy mieliby dbać o kontakty z dziennikarzami? To już nie jest takie oczywiste. Dziennikarze dzwonią zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie, proszą o spotkanie natychmiast albo jeszcze szybciej, oczekują od rozmówcy potwierdzenia założonej tezy, wycinają fragmenty wypowiedzi tak, że później trudno jest poznać swoją opinię. Zniechęca to do odbierania telefonów z redakcji.

Relacje z dziennikarzami będą układały się bardziej pomyślnie, jeśli zrozumiemy, że pracują oni pod presją czasu i czekanie na odpowiedź nie jest ich ulubionym zajęciem. Warto też zwrócić uwagę na to, by wypowiedzi dla mediów były krótkie – one i tak muszą zostać odpowiednio zmontowane. Lepiej powiedzieć jedno zdanie i później usłyszeć je w całości, niż wygłosić dziesięć i mieć nadzieję, że dziennikarz wybierze właściwe.

Tym, co każdemu może pomóc w kontaktach z dziennikarzami, jest też znajomość prawa prasowego (Ustawa z dnia 26 stycznia 1984 r.) – warto zacząć od lektury tego dokumentu, by uniknąć nieporozumień.

Wielu przedstawicieli mediów (w tym mediów lokalnych) twierdzi, że redakcje są otwarte na współpracę z naukowcami, mogą na przykład publikować teksty ich autorstwa. Niewiele osób decyduje się jednak na takie działania, postrzegając je jako stratę czasu. Podobnie jest z informowaniem dziennikarzy o tym, co dzieje się na uczelni czy z odpowiadaniem na ich pytania. Pracownicy naukowi nie wiedzą, komu i czemu miałoby to służyć (poza tym, że służy dziennikarzom i mediom).

Jednym z powodów, dla których warto, by naukowcy pojawiali się w mediach, jest przedstawianie własnego punktu widzenia, własnej interpretacji tego, co dzieje się w szkolnictwie wyższym. Kiedy „Gazeta Wyborcza” opublikowała cykl artykułów pod hasłem: „Wyższa Szkoła Wstydu”, w środowisku akademickim zawrzało z oburzenia, ale niewiele osób zdecydowało się zabrać głos w debacie. Jeśli czytelnicy coś z niej zapamiętają, będą to zarzuty gazety, opinie dziennikarzy, a nie stanowisko naukowców.

Ważną kwestią jest kontaktowanie się z mediami, żeby poinformować o osiągnięciach naukowych czy o ciekawych wydarzeniach w środowisku akademickim. Publikowanie informacji na ten temat jest istotne i dla mediów, i dla uczelni, i dla lokalnej społeczności. Mieszkańcy miasta uniwersyteckiego często mają złą opinię zarówno o poziomie kształcenia, jak i o pracy naukowej, choć o jednym i drugim niewiele wiedzą, bo brakuje informacji na ten temat (a jeśli są, można odnieść wrażenie, że mają stronniczy charakter).

Warto też, by naukowcy dostrzegli nowe medium – internet. Kto nie ma ochoty pukać do drzwi redakcji, może stać się właścicielem własnego narzędzia przekazu. Blogi, fora dyskusyjne, a nawet telewizja internetowa – to tylko przykłady środków, jakie naukowcy mogą wykorzystać, by promować siebie i swoją uczelnię oraz dyskutować o sprawach dla nich ważnych. Gdyby trudności we współpracy z dziennikarzami miały być jedyną przeszkodą w realizacji tych zadań, to przecież można uniezależnić się od ich pośrednictwa.

Telefon do naukowca

„Gazeta Wyborcza” od wielu lat podejmuje różnorodne inicjatywy. Do najgłośniejszych akcji należą: „Rodzić po ludzku”, „Polacy, odwagi!” i  „Szkoła z klasą”. Ostatnio „Gazeta” zajęła się szkolnictwem wyższym. Celem cyklu artykułów publikowanych pod hasłem „Wyższa Szkoła Wstydu” było rozpoczęcie dyskusji o jakości kształcenia, problemach polskiej nauki, o poziomie studentów i grzechach środowiska akademickiego.

Akcja realizowana była również w oddziałach regionalnych „Gazety Wyborczej”, w tym w redakcji olsztyńskiej. Zarówno dziennikarze, jak i naukowcy mieli okazję porozmawiać na temat cyklu publikacji podczas spotkania, jakie odbyło się w kawiarni Gazeta Cafe dziewiątego listopada. Było zaskakująco spokojnie - być może z tego powodu, że osoby najbardziej oburzone artykułami postanowiły nie brać udziału w debacie.

Jednym z podstawowych problemów poruszonych podczas spotkania była współpraca pomiędzy dziennikarzami i naukowcami. Dziennikarze twierdzą, że naukowcy niechętnie udzielają informacji, nie mają czasu na rozmowy, wykręcają się koniecznością otrzymania od przełożonych zgody na wypowiedź. W związku z tym dziennikarze mają ograniczone pole manewru i niewielką grupę potencjalnych rozmówców.

Należy jednak pamiętać, że o dziennikarzu świadczy jego notes, w którym znajdują się telefony do osób mogących pomóc przy realizacji określonych tematów. Im taka baza jest szersza, tym lepiej. Ale przecież nie sztuką jest spisać telefony do osób, których się nie zna. Budowanie bazy kontaktów wiąże się z poznawaniem ludzi i zdobywaniem ich zaufania.

Oczywiście można próbować tłumaczyć dziennikarzy. Kiedy przygotowują tekst „na wczoraj”, nie mają czasu poznawać nowych ekspertów. Pytają tych już wypróbowanych. Tyle że praca dziennikarza polega nie tylko na realizowaniu konkretnych tematów, ale i na bywaniu na ciekawych spotkaniach, na poznawaniu ludzi. Okazji do poznawania naukowców jest naprawdę wiele.

Jeśli dziennikarz ma w swoim notesie telefon do jednego psychologa, jednego socjologa i jednego politologa, to nie świadczy o jego warsztacie najlepiej. Przekłada się to na jakość artykułów, w których brakuje różnorodności opinii; zawsze pojawia się ten sam przewidywalny głos. I co najdziwniejsze, krytykowani przez opinię publiczną są „dyżurni eksperci”, a nie dziennikarze wybierający wciąż tych samych rozmówców.

Czy rzeczywiście naukowcy tak opornie współpracują z mediami? Chętnie zobaczyłabym statystykę pokazującą, ilu z nich odmówiło dziennikarzom komentarza. Dowodem na to, że specjaliści chcą pojawiać się w mediach, są serwisy takie jak: „Eksperci dla Mediów” czy „Zapytaj Ekspertów”. Nic nie stoi na przeszkodzie, by pojawiali się tu również naukowcy. W tak niewielkim środowisku, jakim jest olsztyński uniwersytet, serwis „Zapytaj naukowca” chyba nie jest potrzebny.

Póki dziennikarze nie zmienią swojego warsztatu, rozwiązanie jest jedno: naukowcy muszą sami docierać do mediów (oczywiście jeśli mają ochotę). Media są otwarte na takie inicjatywy. Tylko trzeba pomyśleć o konsekwencjach.

Kilka lat temu do radia Tok FM zadzwonił politolog z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach - Marek Migalski. Powiedział, że nie zgadza się z przedstawioną na antenie wypowiedzią eksperta i chciałby zabrać głos. Dziś jest posłem do Parlamentu Europejskiego. A zatem trzeba być przygotowanym na rozwój sytuacji.

Naukowcy blogują

Blogerzy piszą o wampirach, o szydełkowaniu, o afrykańskich jeżach, o samochodach, o podróżach autostopem, o życiu matki trojga dzieci, o pracy w korporacji… Jeśli w dziennikach internetowych można pisać o wszystkim, to czemu by nie pisać również o nauce?

Blogi kojarzą się zazwyczaj z ekshibicjonizmem, z ujawnianiem szczegółów z życia prywatnego, z opisywaniem codzienności. Oczywiście są i takie dzienniki internetowe, ale coraz częściej powstają blogi profesjonalne, tworzone przez specjalistów w jakiejś dziedzinie, również przez naukowców. Są one cennym źródłem informacji nie tylko dla badaczy, ale i dla ludzi niezwiązanych ze środowiskiem naukowym, a zainteresowanych danym tematem.

Piotr Cieśliński w artykule „Nauka trafiła do blogów” opublikowanym kilka lat temu w „Gazecie Wyborczej” stwierdził między innymi: „Z punktu widzenia laika naukowe blogi mają ogromną przewagę nad specjalistycznymi czasopismami. Pisane są językiem pozbawionym żargonu. Dowodzą, że uczeni są ludźmi z krwi i kości, a sama nauka nie jest skostniała i pozbawiona emocji” („Gazeta Wyborcza” 2006, nr 263, s. 19).

O tym, że o nauce można pisać ciekawie, świadczą liczne blogi anglojęzyczne. Jednym z najpopularniejszych na świecie blogów naukowych jest „Pharyngula” Paula Z. Myersa, w którym autor zażarcie walczy z kreacjonizmem (http://scienceblogs.com/pharyngula). Mity związane z astronomią obala Phil Plait (http://blogs.discovermagazine.com/badastronomy), a o kulturze w świecie mediów cyfrowych pisze Jill Walker Rettberg (http://jilltxt.net).

Polscy naukowcy nie pozostają w tyle. Aneta Rostkowska w dzienniku internetowym „Parergonn” pisze o filozofii i sztuce (http://parergonn.blogspot.com). Autor blogu „Miggawki” porusza przede wszystkim zagadnienia z zakresu biologii, a swoje wpisy uzupełnia licznymi ilustracjami i krótkimi filmami (http://migg.wordpress.com). Z kolei Wojciech Pastuszka pisze o odkryciach archeologicznych (http://archeowiesci.blox.pl)*.

Blog jest narzędziem, dzięki któremu naukowcy mogą rozpropagować swoje osiągnięcia w środowisku naukowym i poza nim. W komentarzach pod wpisami rozwijają się ciekawe dyskusje. Czytelnicy proponują autorom kolejne tematy, proszą o wyjaśnienia, podpowiadają inne rozwiązania poruszanych problemów. Nie zawsze jest sielankowo - blogerzy spotykają się też z krytyką, ale dzięki temu mogą zweryfikować swoje stanowisko bądź udoskonalić umiejętność odpierania zarzutów.

Jak zacząć blogowanie? Najłatwiej jest założyć blog w jednym z serwisów blogowych, np. WordPress.com, Blog.pl, Blox.pl, Blogger.com, Blog Onet.pl, Bloog.pl. Prowadzenie dzienników internetowych na tego typu platformach jest darmowe. Można też założyć własną stronę WWW i na niej tworzyć blog. Wymaga to nieco większych umiejętności, ale dostępne są narzędzia, które ułatwiają zadanie.

Naukowcy pytani o to, czy chcieliby prowadzić blog, czasem mówią, że blogowanie jest dla tych, którzy nie mają co robić. Tymczasem jest wręcz przeciwnie – ciekawy blog stanowi odzwierciedlenie ciekawego życia, a także niebanalnych zainteresowań i interesujących przemyśleń.

* Sprostowanie w komentarzu.