Moimi ulubionymi blogami są blogi kulinarne. Na potrzeby pracy doktorskiej przeczytałam i przeanalizowałam kilkaset blogów. Blogi kulinarne stanowią ten typ blogów, jaki nigdy mi się nie znudził (żeby nie napisać „nie obrzydł”).
Regularnie śledzę to, co dzieje się w blogosferze kulinarnej i niestety pewne zjawisko pozostaje tu niezmienne — plagiatowanie. W blogu „Around the kitchen table” pojawił się niedawno wpis, w którym Ewelina Majdak informuje, że zdjęcie jej autorstwa pojawiło się w „Chwili dla Ciebie”. Oczywiście nie ona je tam wysłała i nie ona jest pod nim podpisana. Czytelniczka „Chwili dla Ciebie” podpisała się pod zdjęciem i przepisem autorstwa blogerki. Nie była to jednak dla owej czytelniczki chwila sławy — blogerzy kulinarni nie od dziś piętnują takie zachowania.
Kilka lat temu głośno było o Smakerze. W serwisie tym opublikowano wiele tekstów i fotografii będących własnością blogerów (oczywiście bez ich wiedzy i zgody). Pisał o tym nawet InternetStandard. Co jakiś czas na forach kulinarnych pojawiają się wątki detektywistyczne — tu internauci przedstawiają wyniki swoich śledztw, a więc piszą kto, komu i co ukradł.
Takie wątki (jak ten z „Galerii potraw”) można oceniać jako nieskuteczne, ale myślę, że głośne piętnowanie plagiatorów jest potrzebne. Oczywiście za tym muszą iść zgłoszenia do poszczególnych serwisów publikujących treści będące plagiatami. I tu duża rola administratorów tych serwisów, którzy powinni odpowiednio zareagować na zgłoszenia.
Administratorzy serwisów internetowych najchętniej wskazują, że to nie oni, a użytkownicy ponoszą odpowiedzialność za łamanie praw autorskich. Problem opisany przez Ewelinę Majdak przypomniał mi, że swego czasu nawet Gazeta.pl miała sporą wpadkę (zdjęcia użytkowniczki forum i blogerki zostały wykorzystane na potrzeby portalu, ale nazwisko/nick autorki pominięto — fotografię opisano jako zdjęcie Gazety).
Zastanawiające są opinie, że internauta musi się liczyć z tym, że ktoś jego teksty/zdjęcia opublikuje jako własne. Na forach czy w blogach kulinarnych przy okazji dyskusji na temat własności intelektualnej powtarzają się tego rodzaju wypowiedzi: skoro zamieszczasz coś w sieci, to licz się z tym, że ktoś to ukradnie. Pokrętne.
A wystarczyłoby wskazać źródło materiału i nie byłoby problemu. Czy naprawdę są ludzie myślący, że jeśli coś jest w internecie, to można sobie wziąć i się pod tym podpisać? Najwyraźniej. Pytanie tylko, na ile są to działania świadome, z premedytacją, a na ile wynikające z nieznajomości prawa? Jeśli to pierwszy powód, należałoby zadbać o surowsze traktowanie osób dopuszczających się plagiatów, jeśli drugi — o edukację.
Choć przyznam, że edukacja to będzie wyzwanie. Wiem, jak trudno uświadomić człowiekowi, że nie powinien podpisywać się pod cudzym tekstem. I że jeśli zamienił przecinek na „i”, to jeszcze nie zmienia jego sytuacji. Podobnie jak to, że oddał tę pracę już komuś innemu i przeszło, więc chyba jest dobra. I że przecież on mi oddaje pracę, to w czym problem? A poza tym, to przepisał ten tekst odręcznie, a nie skopiował i wydrukował, to chyba się liczy!
Drodzy blogerzy kulinarni — rozumiem i popieram wasze działania.
