Teraz my? Już nie…

Anita Czupryn w dzienniku „Polska” napisała, że program „Teraz my!” prowadzony przez Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego będzie emitowany na antenie TVN-u tylko do czerwca. Tę informację potwierdził Andrzej Morozowski.

Jak informuje autorka, programy publicystyczne nadawane w TVN-ie mają zostać przeniesione do stacji TVN24. Dzięki temu TVN byłby kanałem czysto rozrywkowym, a „miejscem na opinie i politykę ma być kanał TVN24″ - pisze Czupryn.

Prowadzenie programu w stacji TVN24 nie jest dla Sekielskiego i Morozowskiego kuszącą propozycją. Łączyłoby się to z mniejszą widownią i mniejszymi pieniędzmi na produkcję programu. Prowadzącym zaproponowano też kiepski czas antenowy (sobota, 13.00).

Pytanie tylko, czy szefostwo TVN-u w odpowiedni sposób zakwalifikowało program „Teraz my!”. Anita Czupryn przypomina o kilku pomysłach zrealizowanych w programie Sekielskiego i Morozowskiego:

Dla premiera Kazimierza Marcinkiewicza, który zwierzył się, że marzy o tym, aby być prezydentem Warszawy, zorganizowali Wielką Grę, którą poprowadziła Stanisława Ryster. Pawła Piskorskiego zaproszono do gry w ruletkę, gdy oświadczył dziennikarzom w Sejmie, że 134 razy pod rząd wygrał w ruletkę. W programie wzięli też udział goście z zagranicy - para amerykańskich homoseksualistów znanych z orędzia prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Czy to jeszcze „poważna publicystyka” czy już rozrywka? Może lepiej byłoby zostawić „Teraz my!” w TVN-ie, skoro ma to być stacja nadająca rozrywkę. W miarę upływu czasu talk show Sekielskiego i Morozowskiego przerodził się po prostu w show.

PS. Swoją drogą, zaczął się jakiś sezon pożegnań. I „Teleranka” nie będzie, i program „Jak oni śpiewają” ma nie być kontynuowany. Nawet Oprah Winfrey zapowiedziała, że będzie nagrywać swój talk show tylko do 2011 roku. „Teleranka” szkoda…

Trudne relacje

Dziennikarze i naukowcy dość zgodnie wyrażają przekonanie, że ich współpraca nie układa się najlepiej, ale są jednomyślni chyba tylko w tej kwestii. Najistotniejsze rozbieżności łączą się ze wskazywaniem strony odpowiedzialnej za trudne relacje. Dziennikarze winią pracowników naukowych, a naukowcy nie wyrażają się najlepiej o współpracy z ludźmi mediów. Prawda – jak to często bywa – leży gdzieś pośrodku.

Pisałam już, co mogą zrobić dziennikarze, by poprawić relacje z naukowcami (między innymi chodzi o poznawanie się, zdobywanie zaufania, o budowanie bogatej bazy kontaktów), a co z naukowcami? Być może w ogóle nie należy stawiać takiego pytania. To praca dziennikarzy polega na pozyskiwaniu informacji, na budowaniu dobrych relacji z osobami, które mogą pomóc w realizacji tematu, w tym z ludźmi nauki.

Dlaczego naukowcy mieliby dbać o kontakty z dziennikarzami? To już nie jest takie oczywiste. Dziennikarze dzwonią zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie, proszą o spotkanie natychmiast albo jeszcze szybciej, oczekują od rozmówcy potwierdzenia założonej tezy, wycinają fragmenty wypowiedzi tak, że później trudno jest poznać swoją opinię. Zniechęca to do odbierania telefonów z redakcji.

Relacje z dziennikarzami będą układały się bardziej pomyślnie, jeśli zrozumiemy, że pracują oni pod presją czasu i czekanie na odpowiedź nie jest ich ulubionym zajęciem. Warto też zwrócić uwagę na to, by wypowiedzi dla mediów były krótkie – one i tak muszą zostać odpowiednio zmontowane. Lepiej powiedzieć jedno zdanie i później usłyszeć je w całości, niż wygłosić dziesięć i mieć nadzieję, że dziennikarz wybierze właściwe.

Tym, co każdemu może pomóc w kontaktach z dziennikarzami, jest też znajomość prawa prasowego (Ustawa z dnia 26 stycznia 1984 r.) – warto zacząć od lektury tego dokumentu, by uniknąć nieporozumień.

Wielu przedstawicieli mediów (w tym mediów lokalnych) twierdzi, że redakcje są otwarte na współpracę z naukowcami, mogą na przykład publikować teksty ich autorstwa. Niewiele osób decyduje się jednak na takie działania, postrzegając je jako stratę czasu. Podobnie jest z informowaniem dziennikarzy o tym, co dzieje się na uczelni czy z odpowiadaniem na ich pytania. Pracownicy naukowi nie wiedzą, komu i czemu miałoby to służyć (poza tym, że służy dziennikarzom i mediom).

Jednym z powodów, dla których warto, by naukowcy pojawiali się w mediach, jest przedstawianie własnego punktu widzenia, własnej interpretacji tego, co dzieje się w szkolnictwie wyższym. Kiedy „Gazeta Wyborcza” opublikowała cykl artykułów pod hasłem: „Wyższa Szkoła Wstydu”, w środowisku akademickim zawrzało z oburzenia, ale niewiele osób zdecydowało się zabrać głos w debacie. Jeśli czytelnicy coś z niej zapamiętają, będą to zarzuty gazety, opinie dziennikarzy, a nie stanowisko naukowców.

Ważną kwestią jest kontaktowanie się z mediami, żeby poinformować o osiągnięciach naukowych czy o ciekawych wydarzeniach w środowisku akademickim. Publikowanie informacji na ten temat jest istotne i dla mediów, i dla uczelni, i dla lokalnej społeczności. Mieszkańcy miasta uniwersyteckiego często mają złą opinię zarówno o poziomie kształcenia, jak i o pracy naukowej, choć o jednym i drugim niewiele wiedzą, bo brakuje informacji na ten temat (a jeśli są, można odnieść wrażenie, że mają stronniczy charakter).

Warto też, by naukowcy dostrzegli nowe medium – internet. Kto nie ma ochoty pukać do drzwi redakcji, może stać się właścicielem własnego narzędzia przekazu. Blogi, fora dyskusyjne, a nawet telewizja internetowa – to tylko przykłady środków, jakie naukowcy mogą wykorzystać, by promować siebie i swoją uczelnię oraz dyskutować o sprawach dla nich ważnych. Gdyby trudności we współpracy z dziennikarzami miały być jedyną przeszkodą w realizacji tych zadań, to przecież można uniezależnić się od ich pośrednictwa.

Telefon do naukowca

„Gazeta Wyborcza” od wielu lat podejmuje różnorodne inicjatywy. Do najgłośniejszych akcji należą: „Rodzić po ludzku”, „Polacy, odwagi!” i  „Szkoła z klasą”. Ostatnio „Gazeta” zajęła się szkolnictwem wyższym. Celem cyklu artykułów publikowanych pod hasłem „Wyższa Szkoła Wstydu” było rozpoczęcie dyskusji o jakości kształcenia, problemach polskiej nauki, o poziomie studentów i grzechach środowiska akademickiego.

Akcja realizowana była również w oddziałach regionalnych „Gazety Wyborczej”, w tym w redakcji olsztyńskiej. Zarówno dziennikarze, jak i naukowcy mieli okazję porozmawiać na temat cyklu publikacji podczas spotkania, jakie odbyło się w kawiarni Gazeta Cafe dziewiątego listopada. Było zaskakująco spokojnie - być może z tego powodu, że osoby najbardziej oburzone artykułami postanowiły nie brać udziału w debacie.

Jednym z podstawowych problemów poruszonych podczas spotkania była współpraca pomiędzy dziennikarzami i naukowcami. Dziennikarze twierdzą, że naukowcy niechętnie udzielają informacji, nie mają czasu na rozmowy, wykręcają się koniecznością otrzymania od przełożonych zgody na wypowiedź. W związku z tym dziennikarze mają ograniczone pole manewru i niewielką grupę potencjalnych rozmówców.

Należy jednak pamiętać, że o dziennikarzu świadczy jego notes, w którym znajdują się telefony do osób mogących pomóc przy realizacji określonych tematów. Im taka baza jest szersza, tym lepiej. Ale przecież nie sztuką jest spisać telefony do osób, których się nie zna. Budowanie bazy kontaktów wiąże się z poznawaniem ludzi i zdobywaniem ich zaufania.

Oczywiście można próbować tłumaczyć dziennikarzy. Kiedy przygotowują tekst „na wczoraj”, nie mają czasu poznawać nowych ekspertów. Pytają tych już wypróbowanych. Tyle że praca dziennikarza polega nie tylko na realizowaniu konkretnych tematów, ale i na bywaniu na ciekawych spotkaniach, na poznawaniu ludzi. Okazji do poznawania naukowców jest naprawdę wiele.

Jeśli dziennikarz ma w swoim notesie telefon do jednego psychologa, jednego socjologa i jednego politologa, to nie świadczy o jego warsztacie najlepiej. Przekłada się to na jakość artykułów, w których brakuje różnorodności opinii; zawsze pojawia się ten sam przewidywalny głos. I co najdziwniejsze, krytykowani przez opinię publiczną są „dyżurni eksperci”, a nie dziennikarze wybierający wciąż tych samych rozmówców.

Czy rzeczywiście naukowcy tak opornie współpracują z mediami? Chętnie zobaczyłabym statystykę pokazującą, ilu z nich odmówiło dziennikarzom komentarza. Dowodem na to, że specjaliści chcą pojawiać się w mediach, są serwisy takie jak: „Eksperci dla Mediów” czy „Zapytaj Ekspertów”. Nic nie stoi na przeszkodzie, by pojawiali się tu również naukowcy. W tak niewielkim środowisku, jakim jest olsztyński uniwersytet, serwis „Zapytaj naukowca” chyba nie jest potrzebny.

Póki dziennikarze nie zmienią swojego warsztatu, rozwiązanie jest jedno: naukowcy muszą sami docierać do mediów (oczywiście jeśli mają ochotę). Media są otwarte na takie inicjatywy. Tylko trzeba pomyśleć o konsekwencjach.

Kilka lat temu do radia Tok FM zadzwonił politolog z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach - Marek Migalski. Powiedział, że nie zgadza się z przedstawioną na antenie wypowiedzią eksperta i chciałby zabrać głos. Dziś jest posłem do Parlamentu Europejskiego. A zatem trzeba być przygotowanym na rozwój sytuacji.

Taki trynd

Taki trynd panuje w serwisach internetowych, że walczy się o klikalność. Bo klikalność przekłada się na pieniądze z reklam. W tym celu Gazeta.pl w bloku „Najczęściej czytane” łączy linki do działu Wiadomości z linkami do tego, co pisze Plotek.

Ale „Gazeta Olsztyńska” chyba za bardzo się przejęła podnoszeniem klikalności. Na głównej stronie serwisu internetowego tejże gazety, w dziale Multimedia, umieszczono link (z krótkim opisem) do materiałów na temat podwieszania człowieka na hakach. Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że
jest tu ostrzeżenie o drastyczności zdjęć.

Po co serwisowi internetowemu „Gazety Olsztyńskiej” taki materiał? Po to, żeby była klikalność. A że informacja jest w towarzystwie informacji o wizycie ambasadora Mali, a gdzieś tam obok zdjęcia rodzinne czytelników. Nic to, wszystko się upchnie. I podwieszanie na hakach, i nadanie imienia szkole w Nowej Wsi.

„Super Expressem” zajechało. A może nawet „Faktem”.

Naukowcy blogują

Blogerzy piszą o wampirach, o szydełkowaniu, o afrykańskich jeżach, o samochodach, o podróżach autostopem, o życiu matki trojga dzieci, o pracy w korporacji… Jeśli w dziennikach internetowych można pisać o wszystkim, to czemu by nie pisać również o nauce?

Blogi kojarzą się zazwyczaj z ekshibicjonizmem, z ujawnianiem szczegółów z życia prywatnego, z opisywaniem codzienności. Oczywiście są i takie dzienniki internetowe, ale coraz częściej powstają blogi profesjonalne, tworzone przez specjalistów w jakiejś dziedzinie, również przez naukowców. Są one cennym źródłem informacji nie tylko dla badaczy, ale i dla ludzi niezwiązanych ze środowiskiem naukowym, a zainteresowanych danym tematem.

Piotr Cieśliński w artykule „Nauka trafiła do blogów” opublikowanym kilka lat temu w „Gazecie Wyborczej” stwierdził między innymi: „Z punktu widzenia laika naukowe blogi mają ogromną przewagę nad specjalistycznymi czasopismami. Pisane są językiem pozbawionym żargonu. Dowodzą, że uczeni są ludźmi z krwi i kości, a sama nauka nie jest skostniała i pozbawiona emocji” („Gazeta Wyborcza” 2006, nr 263, s. 19).

O tym, że o nauce można pisać ciekawie, świadczą liczne blogi anglojęzyczne. Jednym z najpopularniejszych na świecie blogów naukowych jest „Pharyngula” Paula Z. Myersa, w którym autor zażarcie walczy z kreacjonizmem (http://scienceblogs.com/pharyngula). Mity związane z astronomią obala Phil Plait (http://blogs.discovermagazine.com/badastronomy), a o kulturze w świecie mediów cyfrowych pisze Jill Walker Rettberg (http://jilltxt.net).

Polscy naukowcy nie pozostają w tyle. Aneta Rostkowska w dzienniku internetowym „Parergonn” pisze o filozofii i sztuce (http://parergonn.blogspot.com). Autor blogu „Miggawki” porusza przede wszystkim zagadnienia z zakresu biologii, a swoje wpisy uzupełnia licznymi ilustracjami i krótkimi filmami (http://migg.wordpress.com). Z kolei Wojciech Pastuszka pisze o odkryciach archeologicznych (http://archeowiesci.blox.pl).

Blog jest narzędziem, dzięki któremu naukowcy mogą rozpropagować swoje osiągnięcia w środowisku naukowym i poza nim. W komentarzach pod wpisami rozwijają się ciekawe dyskusje. Czytelnicy proponują autorom kolejne tematy, proszą o wyjaśnienia, podpowiadają inne rozwiązania poruszanych problemów. Nie zawsze jest sielankowo - blogerzy spotykają się też z krytyką, ale dzięki temu mogą zweryfikować swoje stanowisko bądź udoskonalić umiejętność odpierania zarzutów.

Jak zacząć blogowanie? Najłatwiej jest założyć blog w jednym z serwisów blogowych, np. WordPress.com, Blog.pl, Blox.pl, Blogger.com, Blog Onet.pl, Bloog.pl. Prowadzenie dzienników internetowych na tego typu platformach jest darmowe. Można też założyć własną stronę WWW i na niej tworzyć blog. Wymaga to nieco większych umiejętności, ale dostępne są narzędzia, które ułatwiają zadanie.

Naukowcy pytani o to, czy chcieliby prowadzić blog, czasem mówią, że blogowanie jest dla tych, którzy nie mają co robić. Tymczasem jest wręcz przeciwnie – ciekawy blog stanowi odzwierciedlenie ciekawego życia, a także niebanalnych zainteresowań i interesujących przemyśleń.

„Superak” przeprasza

„Super Express” ma duże doświadczenie w obrażaniu, nieco mniejsze w przepraszaniu. Tym razem padło na Małgorzatę Kożuchowską. Tabloid opublikował zdjęcia przedstawiające aktorkę topless. Sąd nakazał przeprosiny, a „Super Express” przeprosił. Tylko jak!

Małgorzata Kożuchowska jest stałym gościem na łamach tabloidów. „Super Express” pisze o niej przynajmniej raz w miesiącu i jest to niezbędne minimum. Zazwyczaj publikacje na jej temat pojawiają się z większą częstotliwością. Przedmiotem zainteresowania „Super Expressu” jest przede wszystkim życie osobiste aktorki, rzadziej – życie zawodowe, np. udział w kolejnym serialu.

Podstawowe tematy, jakimi interesuje się brukowiec, to na przykład nowy dom aktorki, jej ślub i relacje z mężem, domniemana ciąża, wakacje… W tym przypadku chodziło właśnie o wakacje – o urlop, jaki Małgorzata Kożuchowska spędziła w Grecji. Paparazzi chętnie podążają za celebrytami za granicę w nadziei, że tam uda się upolować gwiazdę w sytuacji kompromitującej czy przynajmniej dla niej nietypowej (chociaż Edyta Gietka w „Pressie” pisała, że wyjazdy zagraniczne się paparazzim nie opłacają i w tym przypadku są wyręczani przez turystów).

Kożuchowska została sfotografowana podczas opalania się topless. Aktorka wytoczyła „Super Expressowi” proces, którego wynik okazał się dla niej korzystny. Sąd stwierdził, że doszło do naruszenia dóbr osobistych i nakazał – poza wypłaceniem określonej kwoty – przeprosiny. „Super Express” je zamieścił.

Przeprosiny były jak w starym żarcie o Jasiu. Pani mówi do Jasia: - Przeproś kolegę za to, że nazwałeś go głupim. – Przepraszam cię, że jesteś głupi. Redaktor naczelny „Super Expressu” przeprosił w podobny sposób. Kożuchowska została przeproszona tak, żeby przypadkiem nikt nie pomyślał, że przeprosiny jej się należą.

Miało być pół strony – i jest. Tyle, że jest to puste pół strony z informacją napisaną drobnym maczkiem: ”Zarząd spółki Media Express Sp. z o.o. przeprasza Panią Małgorzatę Kożuchowską za naruszenie jej dóbr osobistych w gazecie »Super Express« z dnia 27 lipca 2006 r.”. Tekst zajął linijkę i dość pociesznie wygląda na półstronicowej pustej powierzchni (na formę przeprosin zwrócił uwagę Presserwis).

Redaktor naczelny „Super Expressu”, Sławomir Jastrzębowski, nie ma sobie nic do zarzucenia i twierdzi, że wypełnił nakaz sądu. W końcu jest odpowiednia treść i na przeprosiny przeznaczono pół strony. To wskazówka dla sądu, że do szeregu wyznaczników określających formę przeprosin trzeba dodać kolejny – wielkość czcionki.

Odszkodowania wyznaczane przez sąd najwyraźniej nie są karą dotkliwą dla tabloidów i zarówno koszty odszkodowań, jak i samych procesów, uwzględniane są w budżecie brukowców. „Super Express” po raz kolejny pokazał, gdzie ma swoje gwiazdy. A gwiazdy niby się oburzają, ale jak „Twój Styl” nie będzie chciał o nich pisać, chętnie pobiegną do „Superaka”.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Kto przygarnie księgowe?

Połączenie „Dziennika” i „Gazety Prawnej” było wydarzeniem rozczarowującym dla czytelników obu tytułów. Osoby zajmujące się księgowością czy płacami kupowały „Gazetę Prawną” ze względu na jej specjalistyczny profil. Teraz zaczną szukać innej gazety, która będzie odpowiadała ich zapotrzebowaniu.

Obserwatorzy rynku medialnego komentujący mariaż „Dziennika” i „Gazety Prawnej” skupiają się głównie na jakości produktu, jaki powstał, a także na jego przyszłości. Najnowsze badania sprzedaży nie dadzą jednak odpowiedzi na pytanie, jak nowy twór poradzi sobie na rynku prasowym. Dopiero badania przyszłoroczne, które pokażą, jak duża grupa osób zrezygnowała z prenumeraty, pozwolą snuć prognozy na temat przyszłości „Dziennika Gazeta Prawna”.

Dotąd „Gazeta Prawna” miała przewagę nad „Rzeczpospolitą”, bo precyzyjnie odpowiadała na zapotrzebowanie pewnej grupy osób. „Dziennik Gazeta Prawna” stracił tę przewagę. Nie jest już gazetą specjalistyczną. Księgowe i kadrowe potrzebują konkretnych informacji prawnych, a nie kolejnych komentarzy politycznych, jakich można w prasie codziennej wiele znaleźć.

Pojawiły się zapowiedzi, że dla prenumeratorów „Gazeta Prawna” będzie się ukazywać w dotychczasowej formie – ma być jednak poszerzona o aktualności, wiadomości sportowe i program telewizyjny. Być może stanie się to argumentem, który przekona dotychczasowych stałych czytelników, by nie rezygnowali z prenumeraty.

Jest to dobry moment, żeby swoją obecność na rynku przypomniało Wydawnictwo Podatkowe Gofin. Tymczasem nie podejmuje ono zdecydowanych działań. Ostatnio skupia się raczej na promocji serwisów internetowych niż na budowaniu marki „Gazety Podatkowej” (wydawnictwo zaoferowało czasowy darmowy dostęp do serwisu czasopisma.gofin.pl).

Czytelnicy „Gazety Prawnej” będą szukać specjalistycznych rozwiązań. Być może odpowiedzią na ich potrzeby nie okaże się „Dziennik Gazeta Prawna”, „Rzeczpospolita” czy nawet „Gazeta Podatkowa”. Być może zwrócą się właśnie w stronę dobrze prowadzonych, płatnych serwisów internetowych.

Nie można zapominać o drugiej stronie niezadowolonej z połączenia dwóch gazet – o czytelnikach „Dziennika”, którzy utożsamiali się z prezentowanymi na jego łamach poglądami. Czytelnicy „Dziennika” zdecydują się na pozostanie przy „ich” gazecie wzbogaconej o treści prawne, jeśli jej ideowy charakter się nie zmieni (a już widać, że się zmienia).

Na rozczarowaniu czytelników „Dziennika” może zyskać „Rzeczpospolita”. Jej redaktor naczelny, Paweł Lisicki, już zaciera ręce, bo wierzy, że czytelnicy zauważą wtórność „Dziennika Gazeta Prawna” wobec „Rzeczpospolitej” i wybiorą tę właśnie gazetę.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Hugo-Bader wrócił na ulicę

Szesnaście lat temu reporter Jacek Hugo-Bader wcielił się w rolę bezdomnego. Dziś postanowił ponowić to doświadczenie i przez jakiś czas żyć na ulicy za wyżebrane pieniądze. Wydawałoby się, że taki eksperyment pozwala dziennikarzowi zobaczyć więcej, jednak zdaniem niektórych - to oszustwo.

Jacek Hugo-Bader znany jest głównie z reportaży poświęconych Rosji. Niedawno ukazała się książka „Biała gorączka”, w której reporter „Gazety Wyborczej” opisuje wyprawę zdezelowanym łazikiem z Moskwy do Władywostoku. A pisze barwnie, z literackim zacięciem – i tę literackość wielu mu zarzuca.

Mało kto pamięta, jak w 1993 roku Hugo-Bader założył strój właściwy bezdomnemu i ruszył w miasto. Mało kto pamięta też teksty napisane na podstawie tego doświadczenia. Teraz w reportażu „Walka klas trwa!” dziennikarz przypomniał postać żebraka Charliego. Znów zostawił w domu „klucze, dokumenty, pieniądze i nawet legitymację prasową”, by żyć na ulicy.

W tekście „Walka klas trwa!” nie brakuje określeń, które oburzyły czytelników, na przykład: „selekcja przed nocnymi klubami. Tego Charlie najbardziej nienawidzi i jakby mógł, skopałby dupę łobuzom od tych klubów, bo (tak myśli swoim małym rozumkiem) - zaczyna się od selekcji na ulicy, w lokalu, a kończy na rampie kolejowej”. Owszem, stwierdzenie przesadzone, ale włożone zostało w usta Charliego, nie zostało wypowiedziane wprost przez samego autora.

Problem z najnowszym reportażem Jacka Hugo-Badera polega na tym, że czytelnicy nie wiedzą, kto jest kto. Kim jest Charlie? Kim jest Hugo-Bader? Ile jest jednego w drugim? Z jaką opinią utożsamia się reporter? Co mówi wykreowany na potrzeby reportażu bohater, a co sam autor? Najwyraźniej miesza się to odbiorcom. A może i samemu autorowi.

Reportaż wcieleniowy to kontrowersyjny gatunek, krytykowany również przez samych dziennikarzy, między innymi przez Wojciecha Jagielskiego. Jego zdaniem, reportaż wcieleniowy to oszustwo.

Jagielski mówi o wcielaniu się w rolę żebraka: „Chcemy być troszeczkę kloszardami, ale tylko po to, aby opowiedzieć o tym kumplom i zaimponować czytelnikom, a nie żeby naprawdę poznać życie kloszarda. (…) Ja piszę jako dziennikarz. To jest pewna funkcja społeczna i zawód, dysponujący swoim szerokim warsztatem, którego trzeba się nauczyć”. Czyżby praktykowanie reportażu wcieleniowego było przejawem braku profesjonalizmu dziennikarskiego i nieznajomości warsztatu?

Mariusz Szczygieł, recenzując książkę „Biała gorączka”, napisał na temat Jacka Hugo-Badera: „włazi, gdzie ja bym się bał wleźć”. No właśnie, Bader wciela się w pewne role ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jak pisze o stałych bywalcach Dworca Leningradzkiego, to z nimi pije i je to, co znajdzie w koszu na śmieci. A mógłby przyjść z mikrofonem i poprosić o wywiad. Tylko czego by się wtedy dowiedział?

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Jak sport, to piłka nożna

Piłka nożna, mimo porażek polskiej reprezentacji, budzi coraz większe zainteresowanie rodzimych mediów. Od kilku tygodni możemy obserwować wysyp różnorodnych projektów - zarówno prasowych, telewizyjnych, jak i internetowych - związanych z futbolem. Czy dotrwają choć do EURO 2012?

Nowym tytułem na polskim rynku prasowym jest „Futbol News” (wprowadzony przez wydawnictwo SportLive24 S.A., które wydaje już miesięcznik „Magazyn Futbol”). Ukazuje się dwa razy w tygodniu - w poniedziałki i w czwartki. Ambicją edytora jest odebranie czytelników „Przeglądowi Sportowemu” wydawanemu przez Axel Springer Polska.

Można zgodzić się z opiniami znawców rynku prasowego, że „Futbol News” nie zagrozi „Przeglądowi Sportowemu” chociażby ze względu na tematykę ograniczoną do jednej dyscypliny sportu i związaną z tym faktem węższą grupę odbiorców. Z innymi zarzutami zgodzić się nie mogę. Tomasz Zięba, prezes Marquard Media Polska, zarzuca nowemu tytułowi bulwarowy charakter. Ale czy to jest wada?

Pisanie o piłce nożnej w bulwarowym, sensacyjnym stylu narzuca się samo: relacja ze sprzedaży meczu, przedstawienie kulis negocjacji, sprawozdanie z sali rozpraw. Poza boiskiem dzieje się dużo i o sensacje nietrudno. Dla odmiany to, co ma miejsce na murawie, należałoby opisywać bardziej dynamicznie niż wskazywałaby na to rzeczywistość. Niektórzy dziennikarze wiedzą, jak zrobić dramatyczną relację z miejsca, w którym nic się nie dzieje.

Zdaniem Cezarego Gadomskiego z Media Direction OMD, skuteczniejsze niż inwestowanie w prasę byłoby zainwestowanie w serwis internetowy. Taki sposób myślenia o inwestowaniu w media sportowe zaprezentowała Grupa Wydawnicza Polskapresse, która kupiła funkcjonujący od kilku lat serwis internetowy Ekstraklasa.net.

Na piłkę nożną postawiła też Telewizja Polsat, czego efektem jest kanał Polsat Futbol. W ten sposób, jak twierdzi Andrzej Placzyński, szef SportFive, rynek telewizji sportowych w Polsce nie tyle się nasycił, co przesycił. EURO jest imprezą inspirującą wydawców. Wszyscy chcą dotrwać przynajmniej do 2012 roku. Które z obecnie istniejących stacji telewizyjnych przetrwają, które się połączą, a które zupełnie znikną z rynku – czas pokaże.

Przez znawców rynku mediów sportowych najlepiej oceniane są inwestycje w internet. Wobec nasycenia rynku prasowego i przesycenia rynku telewizyjnego zwrócenie się w stronę projektów internetowych wielu osobom wydaje się najlepszym pomysłem.

Trwanie przy piłce nożnej jako polskim sporcie narodowym jest niesamowite. Piotr Gruszka w jednym z wywiadów powiedział, że niektórzy dziennikarze sportowi wydają się już znużeni sukcesami siatkarzy. Porażkami w polskiej piłce nożnej jakoś się media nie nudzą i chcą pisać o futbolu coraz więcej. Masochizm jakiś czy co?

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Największy wróg dziennikarzy

Z pobieżnej analizy kilkunastu ostatnich numerów miesięcznika „Press” można wywnioskować, że największym wrogiem polskich dziennikarzy jest Rada Etyki Mediów. Instytucja, której zadaniem jest wydawanie opinii w sprawach ważnych dla ludzi mediów, budzi w środowisku dziennikarskim ogromną niechęć.

Rada Etyki Mediów zabiera głos w kwestiach budzących największe kontrowersje. Nie zawsze dziennikarze zgadzają się z Radą co do oceny istotności poruszanych problemów. W 2009 roku REM wydała oświadczenie między innymi w sprawie „Dziennika” i Kataryny, odniosła się do sytuacji w mediach publicznych i poruszyła problem jednego z odcinków „Rozmów w toku”.

Najnowsze oświadczenie Rady Etyki Mediów dotyczy dziennikarstwa śledczego. Organizacja została wywołana do tablicy przez rozżalonego Romualda Szeremietiewa, który w „Rzeczpospolitej” napisał, że został uniewinniony z zarzutów korupcyjnych, jakie zarzucili mu (jeszcze przed prokuraturą) Anna Marszałek i Bertold Kittel. Szeremietiew zaapelował do Rady Etyki Mediów o zajęcie stanowiska w tej sprawie.

I tak na celowniku Rady Etyki Mediów znaleźli się Anna Marszałek i Bertold Kittel. Rada w oświadczeniu stwierdziła, że „Doszło do kolejnej kompromitacji dziennikarstwa śledczego w Polsce”. Publikację dotyczącą Szeremietiewa nazwano mianem „zniesławiającej”, a dziennikarzom wytknięto, że „Nie po raz pierwszy sądy uniewinniają osoby publiczne, spostponowane w ich publikacjach”.

To oświadczenie pociągnęło za sobą kolejny głos w sprawie – tym razem był to głos dziennikarzy śledczych, którzy w zdecydowanym tonie stwierdzili, że Rada Etyki Mediów „atakuje, posługując się kłamstwami, insynuacjami, nie znając akt sprawy, odmawiając prawa do obrony”. Marszałek i Kittel podkreślają, że teksty, które krytykuje Rada Etyki Mediów, zostały napisane z zachowaniem najwyższych standardów dziennikarskich.

Gdyby Rada Etyki Mediów miała choć resztki autorytetu w środowisku dziennikarskim, być może rozpoczęłaby debatę o kondycji dziennikarstwa śledczego w Polsce. Jest to ten rodzaj dziennikarstwa, który wymaga szczególnej uwagi. Uwagi i refleksji, a nie stanowiska takiego, jakie prezentuje przewodnicząca REM Magdalena Bajer, która chce pokazać dwójce dziennikarzy „jak po prostu źle oni postępują”.

Z każdym kolejnym wystąpieniem Rada Etyki Mediów traci coraz więcej w oczach środowiska dziennikarskiego. Jeśli Anna Marszałek i Bertold Kittel, tak jak zapowiadają, pozwą Radę Etyki Mediów za naruszenie dóbr osobistych – będzie to wydarzenie bez precedensu. Jakkolwiek by się taki proces nie zakończył, środowisko dziennikarskie utwierdzi się w przekonaniu, że Rada Etyki Mediów stoi po drugiej stronie barykady.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.