Dla odmiany…

Tyle czekać, żeby obejrzeć niecałą minutę walki Pudzianowskiego i Najmana… Poczekałam, obejrzałam i stwierdzam, że sędziemu należy się medal za odwagę. Na walkach się nie znam, więc się na ich temat nie wypowiadam, ale nie mogę nie skomentować poziomu oplakatowania zwycięzcy: koszulka z reklamą filmu „Ciacho”, rysunek z reklamą firmy budowlanej. Jak tak dalej pójdzie, pan Pudzianowski będzie musiał dorobić sobie jeszcze trochę mięśni, żeby mu się reklamy zmieściły. To nie były mieszane sztuki walki, tylko mieszane formy promocji. Na ringu i poza nim. Udane widowisko marketingowe.

Tak powinno być w każdym banku?

Z konta bankowego pewnego jubilera zniknęło 81 tysięcy złotych. Konto było w Lukas Banku, a pieniądze ukradł pracownik tegoż banku. No cóż, nieciekawa sytuacja zarówno dla klienta, jak i dla banku, ale można powiedzieć, że takie sytuacje się zdarzają.

Bank powinien być przygotowany na wystąpienie różnych sytuacji kryzysowych, w tym spowodowanych przez nieuczciwych pracowników. Jednak reakcja banku na wspomnianą sytuację kryzysową jest tak zła, że trudno uwierzyć w to, że jakiekolwiek przedsiębiorstwo mogłoby w tak nierozsądny sposób zareagować.

Pracownik departamentu prawnego Lukas Banku w piśmie skierowanym do poszkodowanego klienta napisał: „Pragnę podkreślić, iż bez znaczenia dla niniejszej sprawy pozostaje fakt, iż Łukasz B. pozostawał pracownikiem Lukas Banku, jako że do jego obowiązków pracowniczych nie należało popełnianie przestępstw polegających na włamywaniu się do sieci bankowości elektronicznej. Wobec powyższego nie jest możliwe przypisanie Lukas Bankowi odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez pracownika przy wykonywaniu przez niego obowiązków pracowniczych.”

Jak dział public relations mógł dopuścić do tego, by w sytuacji kryzysowej wysłać tak kompromitujące całą instytucję pismo?

Wizerunek Lukas Banku został nadszarpnięty przez zajście związane z kradzieżą. I tylko nadszarpnięty. Reakcja firmy na problem klienta zniszczyła ów nadszarpnięty wizerunek. A bank dalej się pogrąża, bo zamiast przeprosić i iść na ugodę - woli iść do sądu. Powodzenia…

Slogan reklamowy Lukas Banku - „Tak powinno być w każdym banku” - jest świetny, tylko jakoś nie przystaje do sytuacji.

O sprawie można przeczytać w dziale gospodarczym serwisu gazeta.pl.

PS. Jest ciąg dalszy historii. Bank przeprosił klienta i oddał mu pieniądze. Nie można było tak od razu?

Promocja i wizerunek miasta

Podczas gdy wiele miast poprzez dobrze przemyślane kampanie promocyjne buduje swój wizerunek, Olsztyn wciąż nie ma spójnej strategii promocji. Nie ma nawet dobrego pomysłu na własny wizerunek.

Celem wielu kampanii promocyjnych miast jest przyciągnięcie turystów z Polski i spoza granic kraju. Zadaniem innych kampanii jest zbudowanie określonego wizerunku miasta. Pierwszy przypadek dotyczy chociażby Krakowa. Drugi przypadek dotyczy Gdańska, który prowadzi kampanię wizerunkową pod hasłem „Gdańsk. Tu się żyje”. Celem kampanii jest przekonanie ludzi, że Gdańsk to miasto, w którym można znaleźć dobrą pracę i ciekawie spędzać czas. Łódź promuje się natomiast jako „miasto nowych mediów”.

Kraków konsekwentnie opracowuje i wdraża kolejne strategie promocyjne (niedawna strategia obejmowała lata 2004-2006, obecna sięga do 2012 roku). Olsztynowi takiej strategii promocyjnej brakuje. Co więcej, brakuje nawet pomysłu na to, jaki mógłby być wizerunek miasta. Pomysły, które od czasu do czasu się pojawiają, świadczą o niezrozumieniu specyfiki miasta, o ignorowaniu jego zalet. Urzędnicy próbują wymyślać to miasto na nowo, nie wykorzystując tkwiącego w nim potencjału.

Z Olsztynem kojarzy się postać Kopernika. Postawiony przez kilkoma laty pomnik astronoma cieszy się dużą popularnością wśród turystów. Ale już na wynagrodzenie dla aktora wcielającego się w rolę Kopernika miasto poskąpiło. Czwartkowe spotkania z Kopernikiem były atrakcją turystyczną, a dodatkowo wzmacniały wizerunek Olsztyna jako miasta związanego z Kopernikiem. Jednocześnie władze miasta zdecydowały, że obwodnica Olsztyna ma nosić nazwę: Obwodnica Kopernika. Świadczy to sporej niekonsekwencji w wykorzystywaniu postaci Kopernika do promocji miasta.

Oczywiście są głosy, że Kopernik kojarzy się z Toruniem, a Olsztyn powinien znaleźć inny znak rozpoznawczy. Jasne, że tak. Tylko jaki? Wyścig Tour de Pologne z marketingowego punktu widzenia okazał się chyba niewypałem. Z pewnością dzięki temu wydarzeniu mówiło się o Olsztynie jeden dzień w roku, ale czy to wystarczy? Może położyć nacisk na Olsztyńskie Noce Bluesowe, które w 2003 roku zostały uznane za najlepsze polskie wydarzenie bluesowe (wygrały nawet z Rawą Blues)?

O Olsztynie w całej Polsce stało się głośno w związku z tzw. seksaferą. Później wiele mówiono o sprawie Krzysztofa Olewnika. Nieważne jak mówią, byle nazwiska nie przekręcili (w tym przypadku – nazwy miasta). W ciągu kilku ostatnich miesięcy w mediach wielokrotnie mówiono o Olsztynie. Również w pozytywnym kontekście.

W „Tańcu z gwiazdami” Olsztyn dostał darmową reklamę. Z Olsztyna pochodzi wielu mistrzów tańca. To miasto było i wciąż jest nazywane „polską stolicą tańca”. Może warto byłoby to wykorzystać. Miasto wydaje się nie dostrzegać mody na taniec, jaka rozwinęła się na fali popularności programów typu „You can dance” czy „Taniec z gwiazdami”. A może byłby to jakiś pomysł: Olsztyn jako miasto tańca.

Wyjście z Second Life?

Serwis Brief.pl informuje, że firmy Mercedes i Deutsche Post zadecydowały o wycofaniu się z Second Life.

Co może być powodem spadku zainteresowania firm przestrzenią Second Life? Przede wszystkim skończyła się moda na SL i podsycana przez media popularność SL powoli dogasa. Jest też inny powód. Nie wszystkie firmy potrafiły odpowiednio wykorzystać możliwości, jakie daje Second Life. Im bardziej dynamiczna jest formuła obecności przedsiębiorstwa w SL, tym lepiej (wiele dobrego piszą internauci o działaniach firmy Play, która dba o dostarczanie rozrywki mieszkańcom SL). Statyczność nie sprzyja kontaktom z internautami.

Firmy robią bilans zysków i strat związanych z funkcjonowaniem w Second Life. Przedsiębiorstwa tworzące siedziby w SL skorzystały ze swoich pięciu minut. W czasach szczególnej popularności SL wiele pisano o każdym nowym przedsięwzięciu. Zawiodły się jednak te przedsiębiorstwa, które miały nadzieję na szybkie zyski. Obecność w SL wiąże się bowiem z budowaniem wizerunku, co nie zawsze, a przynajmniej nie od razu, przekłada się na wymierne korzyści.

Niezależnie od tego, jakie były założenia i nadzieje, okazało się, że póki co Second Life to ciekawostka, która nie wychodzi poza ramy eksperymentu. Być może dzieło firmy Linden Lab osiągnęło już szczyt możliwości. Przedsiębiorstwa wychodzą z SL w ślad za użytkownikami, którzy znudzili się życiem w świecie wirtualnym.

Jakiś czas temu pisałam o Second Life i zakończenie tego tekstu przytoczę: Moda na Second Life nie będzie trwać wiecznie. Może jednak dowodzić tego, o czym pisał Paul Virilio: rzeczywistość wirtualna zyskuje coraz większe znaczenie. Second Life jest eksperymentem oswajającym ludzi z przestrzenią wirtualną. Przyszłość pokaże, jak ważny był to eksperyment. Teraz jest on raczej zapowiedzią możliwych zmian niż istotnym zjawiskiem. Być może wirtualizacja rzeczywistości, o której wspominał Virilio, okaże się kierunkiem nietrafionym. Wielu internautów po rozpoznaniu Second Life uciekło bowiem z tego świata, wybierając prawdziwe życie.

Emocje w reklamie

W radiu TOK FM toczyła się dziś burzliwa dyskusja na temat reklamy firmy Plus GSM. To telewizyjna reklama stylizowana na film fabularny, jakby wychodząca poza granice bloku reklamowego poprzez odejście od konwencji dynamicznego spotu.

Stary i, jak się okazało, chory ojciec dzwoni do syna, a syn – zabiegany, zapracowany - nie odbiera telefonu. Młody biznesmen odwiedza ojca dopiero w szpitalu i przeżywa chwilę grozy, gdy widzi puste łóżko, z którego pielęgniarka zabiera pościel. Okazuje się jednak, że mężczyzna żyje i następuje wzruszające spotkanie ojca z synem.

Zaproszona do dyskusji etyk Barbara Czerska odwołała się do teorii Hegla i Ingardena i usilnie trzymała się tezy, że twórcy reklamy nawiązali do mitu czy baśni, ale byli niekonsekwentni, bo mit czy baśń kończą się źle, a reklama Plusa - nie. Myślę, że agencja reklamowa odpowiedzialna za reklamę dopiero od pani Czerskiej dowiedziała się, że reklama odwołuje się do mitu. Ja dowiedziałam się z kolei, że mity i baśnie muszą kończyć się źle, bo jak nie - to są uwspółcześnione i niekonsekwentne.

Dyskusja dotyczyła emocji w reklamie i rozmówców też poniosły emocje. W rozmowie padło zdanie, że wszystkie reklamy odwołują się do emocji. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Nie ma jednak wątpliwości, że reklama Plusa bazuje na graniu na emocjach. Jej twórcy dotykają pewnych granic, jednak – moim zdaniem – nie przekraczają ich.

Reklama Plusa została porównywana z przekazami reklamowymi głoszącymi, że jeśli nie zaszczepisz dziecka, to ono umrze, a jeśli kupisz dziecku zabawkę X, to będzie ono lubiane przez rówieśników. To jest forma wywierania nacisku (może nawet forma szantażu), która nie powinna pojawiać się w reklamie. Czy reklama Plusa to przekaz tego samego formatu? To kwesta dyskusyjna.

Z drugiej strony mówienie, że spot Plusa to reklama społeczna, nakłaniająca do kontaktowania się z bliskimi, jest grubą przesadą. Nie ma się co oszukiwać – jest to po prostu reklama i jak inne reklamy ma na celu osiągnięcie zysku. Spot wychodzi jednak poza konwencję „puszczania oka do widza” i dotyka sprawy kontaktów międzyludzkich w sposób śmiertelnie poważny.

Nie jestem etykiem i nie będę oceniać reklamy w kategoriach „dobra” i „zła”. Moim zdaniem, reklama jest oryginalna, łatwo zapada w pamięć i budzi emocje. Okazuje się jednak, że nie zawsze są to pozytywne emocje.

Product placement – granice śmieszności

Product placement to forma promocji, która polega na pokazaniu produktu w filmie czy w serialu. Chodzi tu raczej o przemawianie do podświadomości odbiorcy niż o oczywisty przekaz reklamowy. Miejsce na reklamy jest w bloku reklamowym. W związku z tym, że jest to reklama nie wprost, należałoby zadbać o dyskrecję, o sprytne wplecenie działania promocyjnego w akcję filmu czy serialu.

Niniejszy wpis dedykuję osobom odpowiedzialnym za product placement w serialu „Na Wspólnej”. Nie mogę wypowiadać się na temat całego serialu, tylko jednego odcinka, bo tyle obejrzałam. Udało mi się trafić na promocję Telekomunikacji Polskiej. Widziałam wiele nieudanych akcji o charakterze product placement, ale „Na Wspólnej” przechodzi wszelkie granice.

Bohaterowie czytają ulotkę TP, opowiadają o usłudze i o bardzo niskich cenach, później idą do punktu obsługi klienta TP, a następnie instalują Liveboxa. Instalacja jest oczywiście bardzo prosta, można ją przeprowadzić samemu i trwa to kilka sekund. Co więcej, widz może zobaczyć, jak wygląda okno instalacji, dzięki zbliżeniu na ekran laptopa. No ludzie…To jest serial czy blok reklamowy? Niejedna reklama charakteryzuje się większą finezją.

W latach 30. i 40. w amerykańskich stacjach radiowych pojawiała się forma reklamy o nazwie „serial reklamowy”. Słuchowiska radiowe były sponsorowane przez określone firmy i scenariusz był dostosowywany do potrzeb sponsorów. Chyba polskie seriale zmierzają w tym kierunku. Jeśli inne odcinki „Na Wspólnej” wyglądają tak jak ten, który obejrzałam, to jest to serial reklamowy.

Akcja promocyjna firmy Haribo

W radiowej Trójce pojawiła się dziś informacja, że firma Haribo produkująca żelki nie będzie już funkcjonowała w Bonn, tylko gdzieś pod miastem (nie pamiętam dokładnie gdzie). Czy to tak ważna informacja, żeby podawać ją w serwisie informacyjnym? Otóż informacja jest ważna przede wszystkim dla dzieci mieszkających w Bonn, które nie będą miały już możliwości uczestniczenia w akcji promocyjnej Haribo.

Dzieci za każde 10 kilogramów kasztanów albo żołędzi dostawały kilogram żelków. Kasztanami i żołędziami były później karmione zwierzęta. Akcja promocyjna cieszyła się podobno wielką popularnością i przed fabryką ustawiały się długie kolejki dzieciaków taszczących kilogramy kasztanów.

Moim zdaniem to świetny pomysł, żeby pokazać związek firmy z miastem, żeby zdobyć sympatię mieszkańców. Taka akcja promocyjna pokazuje, że firma rozumie swoich klientów i potrafi utrzymywać z nimi bliskie relacje. To ważne, zwłaszcza że dotarcie do najmłodszych to podstawa zbudowania wierności marce Haribo.

Jaka to forma promocji?

Od kilku miesięcy w Trójce można słuchać audycji „Rodzina X”. Rodzina X prowadzi restaurację i Pani X na antenie opowiada o  początkach przedsięwzięcia, zdobywaniu kredytu, szukaniu lokalu, staraniach o pozwolenia, a w końcu - o organizowanych imprezach firmowych, wigiliach, weselach itp.

Miałam wrażenie, że rodzina została wyłoniona w konkursie, ale jednak nie. Audycja „Rodzina X” to projekt towarzyszący konkursowi na najlepszy projekt biznesowy. O samym pomyśle można przeczytać w artykule opublikowanym w „Gazecie Prawnej”.

Siedzieliśmy latem w radiowym ogrodzie w gronie dziennikarzy. Ktoś zadał nieznanej mi osobie standardowe pytanie, co u was słychać? Pani w średnim wieku zaczęła właśnie opowiadać, jak to po kilkunastu latach pracy na tak zwanym państwowym postanowiła wspólnie z mężem zmienić swoje życie. Krystyna, Marcin i córka Małgorzata postanowili otworzyć własną restaurację! Tak postanowiliśmy przyglądać się rodzinie X (Krystyna, Marcin i Małgorzata) i narodził się cykl audycji z rodziną X. W ślad za tym pomysłem powstał program Bardzo Ważny Projekt.

Serial „Rodzina X” zmierza ku końcowi i pani z rodziny X zapowiedziała, że niedługo na antenie Trójki pojawi się reklama restauracji. Oczywiście w audycji nie można było podawać nazwy restauracji ani nazwisk właścicieli, żeby nie reklamować firmy rodziny X. Teraz słuchacze raczej nie będą mieć problemu ze zidentyfikowaniem reklamy restauracji, bo wystąpi w niej znana z anteny Pani X. Lepszego PR-u chyba nie można sobie wymarzyć…

Skuteczność reklamy internetowej

Serwis MediaRun informuje o raporcie Media Screen wskazującym na to, że reklamy w serwisach niszowych przyciągają uwagę skuteczniej niż te reklamy, które są zamieszczane w portalach. Nie jest to szczególnie odkrywcze. Podobna zasada funkcjonuje w prasie, więc czemu z internetem miałoby być inaczej.

Jeśli regularnie odwiedzamy serwisy tematyczne i uważamy je za interesujące, to jest wysokie prawdopodobieństwo, że występujące tam reklamy uznamy za godne uwagi. Należałoby się tu odwołać do zasady, jaką można zaobserwować na przykładzie prasy branżowej: reklama, która jest dostosowana do treści artykułu opublikowanego obok, wydaje się wiarygodna. Stąd też bierze się większa skuteczność reklam na tematycznych stronach internetowych (oczywiście warunkiem jest dostosowanie reklamy do grupy docelowej).

I po wyborach

W Olsztynie prezydentem miasta był i będzie Czesław Jerzy Małkowski. Jego wygrana już w I turze z pewnością zaskoczyła wiele osób. Mnie jednak bardziej zaskoczył wygląd kart do głosowania, gdzie pojawiły się nazwiska zupełnie nieznanych mi ludzi. Zaliczam się do osób, które starały się dokonać wyboru świadomie, obserwowałam kampanię wyborczą dosyć uważnie i śmiem stwierdzić, że odrobina aktywności podczas kampanii kandydatom by nie zaszkodziła. Inni kandydaci z kolei postanowili bazować na nazwisku i podczas kampanii wyborczej właściwie nie byli widoczni. Wyniki są. Marne. Odpadli w przedbiegach.

Prezydent Wrocławia, Rafał Dutkiewicz, uzyskał poparcie ponad 80% mieszkańców. Wynik rewelacyjny, ale chyba nie ma mieszkańca Wrocławia, który nie wiedziałby, co dla miasta zrobił Dutkiewicz. On prowadził kampanię wyborczą przez całą kadencję i są tego efekty. Co więcej, nawet po ogłoszeniu wyników nie zaprzestał prowadzenia kampanii. Dziennikarze zapytali go o plany. Dutkiewicz powiedział, że jutro będzie robił prezentację o środkach unijnych, a pojutrze ma spotkanie z inwestorami (nie cytuję dokładnie). To jest dobry menedżer, który wie, że kontrakt na kolejny sezon zostanie z nim podpisany tylko wtedy, gdy wyniki jego pracy będą satysfakcjonujące.

Oczywiście nie każdy kandydat na stanowisko prezydenta miasta czy radnego startuje z tak dobrej pozycji. Niektórzy nie mieli jeszcze okazji wykazać się pracą w samorządzie, ale bardzo by chcieli. Problem polega na tym, że niewiele robią, żeby ich nazwisko było rozpoznawalne. Przeczytałam wszystkie ulotki, jakie trafiły do mojej skrzynki pocztowej. Nie był to wielki wysiłek, bo i ulotek nie było wiele. Nieliczni kandydaci przyznawali się do tego, czym się zajmują. W tekstach opracowanych przez komitety wyborcze dominowały frazesy, okrągłe zdanka i lanie wody. Nawet jeśli robią coś dla lokalnej społeczności, niewiele osób o tym wie. Skromność może być zaletą, ale nie podczas kampanii wyborczej.