Zaproszenie do Książnicy

CZAS:
22 listopada 2012 r. (czwartek), godz. 17.30

MIEJSCE:
Książnica Polska, pl. Jana Pawła II 2/3

OSOBY:
W roli prowadzącej – Urszula Witkowska
W roli gościa – Marta Więckiewicz

WYDARZENIE:
Spotkanie autorskie związane z wydaniem książki „Blog w perspektywie genologii multimedialnej” autorstwa Marty Więckiewicz. Ale rozmawiać będziemy nie tylko o książce.

Zapraszam wszystkich, którzy chcą posłuchać lub porozmawiać na temat blogów.

Jakie to wygodne…

kiedy ktoś inny potrafi sprawnie sformułować i wyrazić to, co nam kołacze się po głowie. Lepiej bym tego nie ujęła. Robert Więckiewicz w (bardzo dobrym) wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”:

„nie mam konta na Facebooku. (…) Nie interesują mnie pozorne relacje, pozór kontaktów i samozachwyt, że jesteśmy en vogue, trendy, w głównym nurcie. Nie jesteśmy. Jesteśmy w dupie. Jeśli pani nie usiądzie i nie będzie mogła porozmawiać ze swoimi bliskimi normalnie, to jest pani w dupie, za przeproszeniem. I siedem tysięcy znajomych na Facebooku nic tu nie pomoże”.

Papierowy blog

Blogi coraz częściej wydawane są w wersji książkowej. Na polskim rynku ukazało się kilka (a może już kilkanaście) tego typu wydawnictw. Wkrótce dołączy do nich kolejna pozycja. W formie papierowej zostanie wydany blog „Matki Polki lęki, jęki i Potwory”. Powstaje jednak pytanie, czy jest sens wydawać na papierze dziennik internetowy?

Wydanie blogu w wersji książkowej to główna nagroda w konkursie „Wydamy Ci blog”. Blog „Matki Polki lęki, jęki i Potwory” wybrano z ponad stu zgłoszonych do konkursu. W składzie jury znaleźli się przedstawiciele instytucji: PBI, IBL PAN, WAiP oraz Blox.pl. Nie będzie niespodzianką, jeśli napiszę, że konkurs dotyczył tylko platformy Blox.pl, a głównym organizatorem była Agora.

Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, które podjęły się wydania blogu, będą konkurować między innymi z wydawnictwem W.A.B, które specjalizuje się w wydawaniu współczesnej prozy; wydało na przykład fragmenty blogu Jacka Pałki. Sytuacja jest zastanawiająca, bo Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne mają zdecydowanie inną specjalizację. Być może wydanie blogu „Matki Polki lęki, jęki i Potwory” będzie tylko eksperymentem, a może jest to początek nowego kierunku w działalności wydawnictwa.

Tylko czy jest sens wydawać blogi? Patrząc z praktycznego punktu widzenia, dla wydawnictwa to duże ryzyko. Potencjalnymi czytelnikami książki „Matki Polki lęki, jęki i Potwory” będą czytelnicy blogu „Matki Polki lęki, jęki i Potwory”. A oni już treść przyszłej książki znają. Z pewnością znajdą się nowi czytelnicy, ale czy i oni nie będą woleli pełnej wersji internetowej od okrojonej papierowej?

No właśnie – okrojonej. Blog na papierze nie jest już blogiem. Nie ma tu komentarzy, nie ma linków, nie ma możliwości edycji. Poza tym tekst, jaki znajdzie się w książce, przejdzie przez sito redakcyjne i może być nad miarę uładzony. A przecież siłą tekstów w blogach jest pewien artystyczny nieład.

Człowiek, który decyduje się na wydanie blogu, musi mieć świadomość, że papieru nie skasuje. Tomasz Kwaśniewski, autor „Dziennika ciężarowca”, dziś mówi, że z ironią podchodzi do swojej książki opublikowanej na podstawie blogu. Notatki z dziennika internetowego, które z perspektywy czasu wydają się zbyt naiwne, można skasować. Z książki się nie da.

Hasło konkursu „Wydamy Ci blog” to „szansa na blog na papierze” – tak, jakby papier był czymś wartym wyjątkowych starań. Wygląda na to, że rzeczywiście jesteśmy skłonni traktować media „stare” jako bardziej szlachetne niż „nowe”, bardziej prestiżowe i godne uwagi.

Książki Jacka Pałki są dowodem, że można pogodzić sukces blogu z powodzeniem książki i jedno drugiemu nie przeszkadza. Być może uda się także „Matce Polce”.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Graj piękny Cyganie!

Kontakt z publicznością może być dla artysty niezbyt przyjemny. Kilka dni temu doświadczył tego Goran Bregović. Zdarza się bowiem, że spotkanie twórcy z widownią prowadzi do obustronnego rozczarowania. Nieco łatwiej jest wówczas, gdy artystę oddziela od widzów ekran.

Goran Bregović jest twórcą dobrze znanym polskiej publiczności. Odbiorcy mają wobec niego określone oczekiwania. Przede wszystkim spodziewają się muzyki, przy której nogi same rwą się do tańca. Organizatorzy koncertu, który odbył się w Sali Kongresowej, w materiałach promocyjnych określili Bregovića jako ikonę muzyki bałkańskiej oraz ulubieńca polskiej publiczności.

Opera „Karmen (z happy endem)” rozczarowała jednak widzów. Pierwsza połowa spektaklu opierała się na słowie, a nie na muzyce – część publiczności była nią wyraźnie znudzona i dawała temu wyraz. Pojawiły się gwizdy i krzyki: „Graj piękny Cyganie!”. Organizatorzy występu Bregovića napisali: „Na jego koncertach nie sposób usiedzieć w jednym miejscu”. Wiele osób wzięło to sobie do serca i zaczęło opuszczać przedstawienie.

Artysta miał możliwość widzieć i słyszeć reakcje publiczności. To jednocześnie wada i zaleta występów nie przed kamerą telewizyjną, a bezpośrednio przed widownią. Dobre strony są takie, że twórca może otrzymać pozytywny komunikat zwrotny i jego „ego” zostanie podbudowane. Złe strony pojawiają się wtedy, gdy publiczność głośno krytykuje przedstawienie, a nawet wstaje z miejsc i wychodzi, co niewątpliwie budzi w wykonawcach negatywne odczucia.

O wiele łatwiej jest, kiedy barierę oddzielającą artystę od publiczności stanowi ekran. Pośrednictwo mediów sprawia, że wykonawca nie otrzymuje natychmiastowej negatywnej informacji zwrotnej, a odbiorca może z łatwością przerwać odbiór nieinteresującego go programu. Ekran oddziela oba światy. Twórca pozostaje w wykreowanym przez siebie otoczeniu, nie słyszy gwizdów, nie widzi znudzonych min i nikt nie rzuci w niego pomidorem.

Widzowie przywykli do pośrednictwa ekranów. Dowodem na to są chociażby zachowania wobec napotkanych na ulicy aktorów. Po pierwsze - ludzie utożsamiają ich z serialowymi postaciami, a po drugie - zachowują się tak, jakby aktorzy znajdowali się po drugiej stronie ekranu (na przykład głośno komentują ich wygląd i zachowanie).

Przyzwyczajenie do odbierania świata za pośrednictwem ekranu sprawia, że widzowie nie zawsze potrafią odnaleźć się w sytuacji, kiedy artysta staje na scenie tuż przed nimi. Wciąż wydaje im się, że siedzą w kapciach przed telewizorem i w związku z tym wyrażają swoje opinie w dowolnie wybrany, również chamski, sposób.

Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.

Doda górą, czyli o rankingu gwiazd

Firma Press-Service zajmująca się monitoringiem mediów po raz kolejny opublikowała raport dotyczący celebrytów. Celebryci to spolszczenie słowa „celebrities”. Pojęcie to można zdefiniować za pomocą tytułu książki Wiesława Godzica: „Znani z tego, że są znani”.

Raport „Celebryci - ranking polskich gwiazd I-IX.2008″ to analiza dotycząca obecności polskich gwiazd w mediach. W oparciu o dane statystyczne określono, o kim najczęściej się pisze. Raport jest ciekawy, dane przedstawiono za pomocą czytelnych wykresów, a analiza ilościowa została uzupełniona o analizę jakościową. Krótkie teksty stanowią podsumowanie zawartości publikacji prasowych. Na przykład:

Mimo tego, że kilka razy w prasie ogłaszano, że bajka z Dorotą Rabczewską w roli głównej się już kończy, liczba doniesień prasowych na jej temat przeczy tej opinii. Tak jak w ostatnim analizowanym okresie, tak i teraz – Dorota Rabczewska potwierdza zdanie: królowa jest tylko jedna. Dziennikarze interesują się wszystkim, co jest z nią związane. Prasa informuje, że artystka kupiła sobie 140 metrowe mieszkanie w Warszawie, że popsuł jej się porche, że auto prowadzi w wygodnych klapkach, a nie w szpilkach, że sprzedaje ciuchy dla niegrzecznych w internecie, że wsiadła za kółko po kieliszku wina, że zamierza usunąć tatuaż z pleców, że założyła majtki. Dziennikarze spekulują nawet, czy Doda nie mogłaby zostać… rzecznikiem rządu Tuska. Jest przecież znana z ciętego języka i „zna odpowiedź na każde pytanie, albo mówi wprost: generalnie mnie to wali”. Tak, generalnie ją to wszystko wali.

Raport podany lekko, łatwo i przyjemnie, bo i temat nie wymaga szczególnego zadęcia.

Press-Service udostępnia również materiały takie jak: „Celebryta i jego wartość - czy można wycenić znane nazwisko?” czy „Celebryta pod lupą - porównanie wizerunku Tomasza Lisa, Borysa Szyca i Piotra Rubika w prasie”. Ciekawe źródło informacji dla osób zajmujących się analizą zawartości mediów.

Symbole i gesty

Każda sytuacja polegająca na zetknięciu się dwóch kultur jest trudna. Trudności zwiększają się, kiedy któraś ze stron niewystarczająco dba o wzajemne zrozumienie. Symbole czy gesty mogą stać się zarówno płaszczyzną porozumienia, jak i niezgody między stronami biorącymi udział w procesie komunikacji.

Dziś serwisy internetowe poinformowały o pewnym symbolu i pewnym geście. Marek Edelman wyraził swoje oburzenie, ponieważ organizatorzy rocznicy powstania w getcie warszawskim zadecydowali o uczczeniu tego wydarzenia między innymi poprzez rozdawanie opasek z gwiazdą Dawida. Chęci były dobre. Jak mówi Gołda Tencer: „Opaska to powód do chwały, a nie hańba”. Szefowa Fundacji Szalom odwołała się do słów Juliana Tuwima: „Opaski, które nosiliście w getcie, będą większe niż wszystkie odznaczenia” (cytuję za portalem TVN24.pl).

Wśród komentarzy internautów dotyczących słów Edelmana przeważają wypowiedzi antysemickie. Mało jest głosów osób, które chciałyby wyjaśnić, w czym tkwi problem i jak można rozumieć symbol gwiazdy Dawida. Nie ma próby zrozumienia, są za to wypowiedzi takie jak ta: „A kto by tam was zrozumiał! Was i te wasze symbole”. Dosadniejszych nie cytuję. Dziwne jest, kiedy wymaga się znajomości, a także szacunku symboli własnych, a nie stara się zrozumieć symboli cudzych.

Edelman wypowiedział się w sposób bardzo emocjonalny. Problem nie polega jednak na tym, czy Edelman przesadził z reakcją. Problem tkwi w tym, czy symbol w tych okolicznościach, w określonym kontekście, został odpowiednio wykorzystany. Interpretacja Gołdy Tencer jest przekonująca, ale jak widać – nie każdy w ten sposób interpretował rozdawanie opasek z gwiazdą Dawida podczas obchodów rocznicy powstania w getcie. Próba porozumienia się poprzez symbol gdzieś jednak zawiodła.

I jeszcze o jednym geście. Na konferencji prasowej Putina i Berlusconiego dziennikarka zadała prezydentowi Rosji pytanie o jego domniemany rozwód i równie domniemane małżeństwo z gimnastyczką. Reakcją Berlusconiego był gest naśladujący strzał do dziennikarki. Jak zauważa „La Repubblica” (co cytuję za Gazetą.pl): „być może zapomniał, że w Rosji odważna dziennikarka Anna Politkowska została naprawdę zabita”. Ciekawe, czy Berlusconi wie, jak wymowny był jego gest.

Wyjście z Second Life?

Serwis Brief.pl informuje, że firmy Mercedes i Deutsche Post zadecydowały o wycofaniu się z Second Life.

Co może być powodem spadku zainteresowania firm przestrzenią Second Life? Przede wszystkim skończyła się moda na SL i podsycana przez media popularność SL powoli dogasa. Jest też inny powód. Nie wszystkie firmy potrafiły odpowiednio wykorzystać możliwości, jakie daje Second Life. Im bardziej dynamiczna jest formuła obecności przedsiębiorstwa w SL, tym lepiej (wiele dobrego piszą internauci o działaniach firmy Play, która dba o dostarczanie rozrywki mieszkańcom SL). Statyczność nie sprzyja kontaktom z internautami.

Firmy robią bilans zysków i strat związanych z funkcjonowaniem w Second Life. Przedsiębiorstwa tworzące siedziby w SL skorzystały ze swoich pięciu minut. W czasach szczególnej popularności SL wiele pisano o każdym nowym przedsięwzięciu. Zawiodły się jednak te przedsiębiorstwa, które miały nadzieję na szybkie zyski. Obecność w SL wiąże się bowiem z budowaniem wizerunku, co nie zawsze, a przynajmniej nie od razu, przekłada się na wymierne korzyści.

Niezależnie od tego, jakie były założenia i nadzieje, okazało się, że póki co Second Life to ciekawostka, która nie wychodzi poza ramy eksperymentu. Być może dzieło firmy Linden Lab osiągnęło już szczyt możliwości. Przedsiębiorstwa wychodzą z SL w ślad za użytkownikami, którzy znudzili się życiem w świecie wirtualnym.

Jakiś czas temu pisałam o Second Life i zakończenie tego tekstu przytoczę: Moda na Second Life nie będzie trwać wiecznie. Może jednak dowodzić tego, o czym pisał Paul Virilio: rzeczywistość wirtualna zyskuje coraz większe znaczenie. Second Life jest eksperymentem oswajającym ludzi z przestrzenią wirtualną. Przyszłość pokaże, jak ważny był to eksperyment. Teraz jest on raczej zapowiedzią możliwych zmian niż istotnym zjawiskiem. Być może wirtualizacja rzeczywistości, o której wspominał Virilio, okaże się kierunkiem nietrafionym. Wielu internautów po rozpoznaniu Second Life uciekło bowiem z tego świata, wybierając prawdziwe życie.

Netokracja

Aleksander Bard i Jan Söderqvist piszą, że „teoria netokracji jest poprawnym opisem świata”. Uderzająca jest pewność autorów „Netokracji”, że są nieomylni. Twierdzą oni, że piszą z profetyczną precyzją. Są nawet przekonani, że atak na WTC nie powinien być zaskoczeniem dla ich czytelników.

Edwin Bendyk we wstępie do „Netokracji” napisał o jej autorach: „Uważają, że to im przypada na wyłączność sformułowanie nowego paradygmatu i odkrycie praw stanowiących jego fundament. Za nic mają innych myślicieli, którzy również badają konsekwencje usieciowienia”. Dodał też, że w książce „nie brakuje rażących uproszczeń”. Bendyk tłumaczy to faktem, że „Netokracja” „nie jest opracowaniem naukowym, a manifestem”.

Interesujące są opinie Barda i  Söderqvista o  roli mediów w polityce czy chociażby o dominacji informacji szybkiej nad rzetelną. Główna teoria, którą głoszą autorzy „Netokracji”, jest ciekawa i czytelnicy mają podstawy sądzić, że to koncepcja uzasadniona.

Przewodnia myśl książki ginie jednak w natłoku wątpliwej jakości hipotez traktowanych jak prawdy objawione. Autorzy starają się uzasadnić swoją teorię szeregiem argumentów, jednak nie zauważają, że argumenty te wzajemnie się wykluczają.

Bard i  Söderqvist gmatwają się między innymi, gdy analizują kwestię sieciowości społeczeństwa. Choć piszą o „netokratycznej sieci”, to w istocie opisują (a nawet przedstawiają w formie rysunku) „sieciową piramidę”. Tym samym mylą koncepcję sieci ze strukturą feudalną.

Zygmunt Bauman w książce „Płynne czasy” napisał o sobie: „autor jest (…) przekonany, że wszelkie odpowiedzi byłyby autorytatywne, przedwczesne i potencjalnie mylące”. W związku z tym stwierdził, że jego rolą jest stawianie pytań. Zadający pytania Bauman odsłania przed czytelnikiem więcej niż Bard i Söderqvist głoszący jedynie słuszne teorie.

Porysiowe refleksje

Byłam wczoraj na premierze „Rysia”. To film, który wiele osób zawiódł, ale zawiedzeni są sami sobie winni – nie trzeba było liczyć na to, że „Ryś” będzie „Misiem 2”.

Co mogę powiedzieć o filmie? Mam mieszane uczucia. Co było niezłe? Niesamowita była Joanna Kołaczkowska jako prezenterka TV Witraż. Obraz środowiska polityków i dziennikarzy przerysowany, doprowadzony do absurdu, ale hm… jakże prawdziwy. Kilka ciekawych aluzji: polityk mówiący „proszę panią” jako żywo przypominał mi Przemysława Gosiewskiego. Kilka osób może się obrazić za postać księdza, który miał diabelskie kopyta. Nawiązanie do „Rejsu” i do gry w salonowca było ciekawe. Kilka dobrych scen, kilka dobrych dialogów. Dobrze zagrane epizody.

Jest też parę minusów. Dźwięk to porażka, momentami nie można było usłyszeć kwestii. Zawiła intryga przeszkadzała trochę w skupieniu się na tym, co w tym filmie jest najważniejsze, a najważniejszy, moim zdaniem, jest Polaków portret własny. Nie wiem czemu miało służyć obsadzenie w filmie takiej ilości aktorów. Chyba tylko Pazury nie było (no, może przeoczyłam). Wiem, że wszyscy chcieli zagrać u Tyma, ale bez przesady… Dobrze, że znalazła się rola dla Marka Kondrata, bo błyszczał na ekranie. Film był przeładowany skeczami, jakimiś niepotrzebnymi epizodami. Chyba jakieś spaczenie zawodowe kabareciarza.

Nie zgadzam się z tymi, którzy mówią, że to film kultowy. Jak film w dniu premiery może stać się kultowy, to ja nie wiem. Film nie jest też aż tak zły, jak mówią niektórzy. Za 10-20 lat pewnie będziemy go oglądać z innym nastawieniem. „Ryś” przypomina mi „Wesele” Smarzowskiego, chociaż film „Wesele” jest lepszy, jeśli chodzi o spójność. Na pewno „Rysia” warto obejrzeć i ocenić. Ja wybieram się po raz drugi. Może za drugim razem będę mniej krytyczna. A pana Tyma i tak lubię i gratuluję mu odwagi.

Media o Ryszardzie Kapuścińskim

Kiedy pojawiła się informacja, że zmarł Ryszard Kapuściński, mieliśmy okazję posłuchać wspomnień osób, które go znały. Rozumiem potrzebę wspominania tych, którzy odeszli, chociaż nie podoba mi się zwyczaj obdzwaniania bliższych i dalszych znajomych zmarłego, żeby pojawili się przed kamerami i powiedzieli coś na jego temat.

Kiedy Kapuściński żył, bardzo rzadko pojawiał się w mediach. Nie był osobowością medialną, choć z całą pewnością był osobowością. Myślę, że Kapuściński był zbyt skromny, żeby robić wokół siebie zamieszanie. Teraz przez chwilę mówi się o nim wiele.

Wczoraj dziennikarze prześcigali się w odmienianiu przez wszystkie przypadki przymiotnika „wielki”. Za kilka dni skończą się zachwyty nad mądrością i wrażliwością Kapuścińskiego. Byłoby miło, gdyby dziennikarze (kiedy już skończą wychwalać jego wielkość) nauczyli się czegoś od niego.

Przeczytałam wypowiedź dziennikarki pracującej w mediach regionalnych o tym, ile nauczyła się ona od Kapuścińskiego. Stwierdziła, że dzięki niemu wiele osiągnęła. Szkoda tylko, że nie nauczyła się od niego dziennikarskiej staranności.

To smutne, że o wybitnych ludziach przypominamy sobie dopiero w chwili ich śmierci, a później znowu zapominamy. Ot, kolejny „nius”.