Dzisiejsze wystąpienie ministra Jacka Rostowskiego w Parlamencie Europejskim nie powinno mieć miejsca, a przynajmniej nie w takiej formie. Czarny garnitur, marsowa mina i opowiadanie o wojnie. Słuchałam jednym uchem i przez chwilę usiłowałam zrozumieć, kto na nas napadł. I głowiłam się, jak to jest, że wybuchła wojna, a w stacjach informacyjnych nie ma czerwonego paska.
Posłuchałam obojgiem uszu i zrozumiałam. To była historia o prezesie pewnego polskiego banku, który boi się rychłego nadejścia wojny i zastanawia się nad wysłaniem swoich dzieci do Stanów Zjednoczonych. No ludzie…
Sztuka wygłaszania wystąpień publicznych zakłada, że przemówienie ma być dostosowane do sytuacji. Stosowność to podstawowa zasada w retoryce. Aktor może wyolbrzymiać, mówca ma zachowywać się stosownie - tak twierdzili starożytni.
Tyle mówi się o dziennikarzach bijących pianę w związku z cenami walut czy sytuacją na rynku akcji. Krytykuje się ich za nadużywanie słów takich jak: kryzys czy krach. A tu minister finansów wyskakuje z wojną.
Zgodnie z teorią tajemniczego prezesa banku, wspartą autorytetem ministra, wojna musi być. Uzasadnienie? Rzadko się zdarza, by po dziesięciu latach od takiego kryzysu gospodarczego, jaki teraz dotknął Europę, nie wybuchła wojna. Jak nic znowu cukier zdrożeje, bo ludzie zaczną robić zapasy na czarną godzinę.
Możesz śledzić komentarze do tego wpisu przez czytnik RSS 2.0. Możesz zostawić swój komentarz do tego artykułu.