Tragiczne wydarzenia wywołują ożywienie w mediach. Widać to zwłaszcza w mało ciekawym dla dziennikarzy okresie świąt czy wakacji. Nuda, nic się nie dzieje, aż tu nagle… jest tragedia i jest news. W końcu coś się wydarzyło. Teraz można podtykać ludziom mikrofon, pytając ich: „Dlaczego do tego doszło?”.
Wypadek samolotu CASA, wypadek autokaru w Świdnicy i pożar w Kamieniu Pomorskim - na te wydarzenia media zareagowały w podobny sposób, to znaczy histerycznie. Organizowane są wyścigi: kto użyje większej ilości przymiotników, kto będzie bardziej dramatyzował, kto pierwszy dotrze do przebywających w szpitalu poszkodowanych.
Nieodłącznym elementem relacji dziennikarskich jest spekulowanie na temat przyczyn wypadków i poszukiwanie winnych tuż po zdarzeniu. Tak wyglądała rozmowa, jaką reporterka TVN24 przeprowadziła w Świdnicy z prokuratorem Markiem Rusinem.
Od wypadku nie minęło zbyt wiele czasu, prokurator niedawno przybył na miejsce, jednak reporterka nie potrafiła przestać go pytać o przyczynę zdarzenia. Choć usłyszała odpowiedzi: „Ja tego nie wiem”, „To trzeba zbadać”, ponowiła pytanie. A później zapytała po raz trzeci i czwarty. Gdy i to nie przyniosło rezultatu, reporterka zmieniła strategię i zaczęła opisywać możliwe scenariusze, prosząc prokuratora o ocenę ich prawdopodobieństwa. Pytanie „dlaczego?” zostało zastąpione przez: „A mogło być tak…?”.
Zdenerwowanie widzów oglądających takie przedstawienie jest niczym w porównaniu z irytacją, jakiej muszą doświadczać ludzie wypytywani przez dziennikarza. Ale co ma zrobić reporter, którego wysyła się na miejsce zdarzenia i daje mu się za dużo czasu na relację? Wszystkie pytania zostały zadane, odpowiedzi padły, ale stacja wymaga, by ciągnąć temat. Ten jeden temat. Inne przecież nie istnieją.
Relacje reporterskie bywają żenujące. Czasem przypominają skecz „Nic się nie dzieje” Quasi-Kabaretu Rafała Kmity, w którym dziennikarz mówi: „Znajduję się w miejscu, gdzie nic się nie dzieje. Od wczesnych godzin rannych gromadzi się tu tłum. Ludzie pragną zobaczyć to na własne oczy. Jedni nie wierzą, inni są przerażeni”. Później pojawiają się rozmowy ze świadkami, z przedstawicielem służb porządkowych, z lekarzem. Jak w życiu.
Pytanie „dlaczego?” jest w dziennikarstwie bardzo ważne. Świadczy o dociekliwości, pozwala dotrzeć do źródła problemu i odkryć przyczynę zdarzenia. Ale zadawanie pytania „dlaczego?” zanim wyjaśni się „co?”, „gdzie?”, „kiedy?” i „jak?” jest błędem w sztuce dziennikarskiej. Wydawanie wyroków przed zbadaniem sprawy stało się nieodłączną częścią relacji reporterskich. Z drugiej strony, dociekanie przyczyn jest bardzo ludzkie i tu z pewnością dziennikarze odpowiadają na zapotrzebowanie widzów.
Dociekliwość dziennikarska ma jednak swoje granice. Kiedy kilka dni czy tygodni po wypadku pojawiają się ekspertyzy wyjaśniające przyczyny tragedii, to już dziennikarzy nie interesuje. Wówczas pytanie „dlaczego?” nie powraca. Spekulacje są bardziej emocjonujące.
Felieton opublikowany w serwisie media2.pl.
Możesz śledzić komentarze do tego wpisu przez czytnik RSS 2.0. Możesz zostawić swój komentarz do tego artykułu.