Prorok jaki czy co?

Ludwik Stomma w opublikowanym na łamach „Polityki” tekście „Radosne ćwiartowanie” napisał: „Bez względu na to, kto za dwa, trzy lata będzie rządził w TVP i PR, żadna poważna debata nie będzie możliwa bez udziału Karnowskiego czy Sakiewicza. Tak, Sakiewicza, gdyż idą wreszcie dobre dni także dla »Gazety Polskiej«”. Tekst został opublikowany w 2006 roku. To się nazywa dar przewidywania!

Przeglądanie tygodników opinii sprzed kilku lat skłania do wysnucia wniosku, że prognozy publicystów często się nie sprawdzają, że rzeczywistość jakoś nie chce przystawać do przewidywań i przynosi zaskakujące rozwiązania. A tu wszystko zgodnie z przewidywaniami! Przydałby się namacalny dowód na potwierdzenie prognozy Ludwika Stommy? Proszę bardzo.

Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, nie może do końca kampanii prezydenckiej prowadzić programów w radiowej „Trójce”. Zarząd Polskiego Radia podjął taką decyzję z uwagi na artykuł Sakiewicza, w którym napisał on m.in., że Komorowski jest „dupowaty”. Zawieszony Sakiewicz nie poprowadził programu „Trójka po trzeciej”. Zastąpiła go była dziennikarka „Gazety Polskiej” - Katarzyna Hejke. A kto był jej gościem? Tomasz Sakiewicz.

Proponuję przemianować program „Trójka po trzeciej” na „Trzy po trzy”. I gratuluję Panu Ludwikowi Stommie trafności prognoz.

Więcej na ten temat tutajtutaj.

Sprawdzian dla dziennikarzy

Rada Etyki Mediów wystosowała oświadczenie, w którym napisano między innymi: „Tragiczna katastrofa pod Smoleńskiem, śmierć prezydenta RP, jego małżonki oraz wybitnych przedstawicieli życia publicznego, stała się próbą dla mediów. Dziennikarze i komentatorzy przeszli ją godnie, informując Polaków o przebiegu zdarzeń, przewidując ich przełomowe znaczenie w budowaniu jedności wokół spraw najważniejszych dla państwa i narodu - mimo różnic ideowych i politycznych”.

Zdaniem członków Rady Etyki Mediów, dziennikarzom udało się „godnie” przejść próbę, jaką było informowanie o katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem i o jej skutkach. Być może oświadczenie zostało wydane za wcześnie (już 12.04), ponieważ teraz nawet sami dziennikarze i medioznawcy krytycznie oceniają to, co dzieje się w mediach.

Andrzej Skworz, redaktor naczelny miesięcznika „Press”, pisze w swoim komentarzu między innymi: „Rozumiem płaczących Polaków. Nie rozumiem płaczących dziennikarzy. Oni nie są od tego, by przeżywać na ekranie emocje, ale od rzetelnego informowania o tych, którzy te emocje odczuwają. Dziennikarka, którą nie tak dawno Lech Kaczyński nazwał Stokrotką, teraz przez trzy dni roni łzy w trakcie wywiadów. A ja się zastanawiam, czy chciałbym pójść do lekarza, który zamiast mi fachowo pomóc, chlipałby nad moim nieszczęściem. Przez łzy gorzej widać”.

Profesor Wiesław Godzic stwierdził w wywiadzie: „Nieznośne są dla mnie wielkie kwantyfikatory: zginęła cała elita, osierocone państwo… Szanujmy innych, tych, co przeżyli - nie zginęła cała elita, tylko część, choć oczywiście nie odbiera to szacunku i hołdu dla tych, co zginęli. Tymczasem media stworzyły atmosferę końca świata. Płaczą i sugerują, że inni powinni płakać. Stworzył się taki płaczliwy wór, z którego wydostać się jest ciężko. Należy to dozować - i smutek, i płacz. Ludzie muszą normalnie żyć. Brakowało mi żałoby typu obywatelskiego”.

Chciałabym, żeby Rada Etyki Mediów jeszcze raz przyjrzała się temu, co działo się i dzieje w mediach. Może warto przeanalizować programy prowadzone w ostatnich dniach przez Jana Pospieszalskiego w TVP1, że nie wspomnę o treściach przekazywanych przez skrajnie prawicowe media. Niewątpliwie ostatnie wydarzenia były sprawdzianem dla dziennikarzy, ale Rada Etyki Mediów chyba zbyt wcześnie wystawiła im ocenę.

Media o tragedii w Smoleńsku

„Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita” przygotowały specjalne wydania w formacie PDF, które można pobrać tutu.

„Fakt” również zapowiada wydanie dodatkowej sobotniej wersji, ale w formie papierowej. Gazeta będzie rozdawana wieczorem w Warszawie, Gdańsku, Sopocie, Gdyni, Szczecinie, Poznaniu, Krakowie, Katowicach, Sosnowcu i Bydgoszczy.

Specjalne wydanie dziennika „Polska the Times” będzie wieczorem rozdawane w kilku miastach Polski, ale można je też pobrać tutaj.

„Super Express” informację o zmianach w ramówkach telewizyjnych umieścił między innymi w dziale „Plotki”, w związku z czym informacja o śmierci Lecha Kaczyńskiego sąsiaduje z newsem, że Kate Moss pokazała piersi…

O medialnych reakcjach na katastrofę lotniczą w Smoleńsku piszą również dziennikarze serwisu Gazeta.pl.

Rodzinom ofiar składam wyrazy współczucia.
Pracownikom mediów życzę opanowania.

Mądrze napisał w swoim blogu Daniel Passent: „Na pytania o pytania o przyczyny i skutki przyjdzie czas. Reszta jest milczeniem”.

Audycja o celebrytach

Ostatnie wydanie „Klubu Trójki” (08.04.2010) zostało poświęcone celebrytom. Warto posłuchać. Audycję można pobrać ze strony Polskiego Radia zawierającej podcasty, czyli stąd.

Dno i dwa metry mułu

Poziom mediów regionalnych z różnych powodów pozostawia dużo do życzenia. Rozumiem te powody i zdaję sobie sprawę, z jak wieloma trudnościami borykają się pracownicy mediów regionalnych, dlatego też często w dyskusjach staram się stawać w ich obronie. Ale brakuje mi argumentów, kiedy:

- słyszę, jak prezenter „Informacji” newsa o zabiciu kota nazywa „ciekawostką” - TVP Olsztyn, 22.03.2010 r., 21.45 (najwyraźniej odmiennie definiujemy słowo „ciekawostka”),

- czytam tytuł w olsztyńskim dziale serwisu Gazeta.pl: „Spaliła swoje nienarodzone dziecko w piecu” (jak można spalić nienarodzone dziecko?, no jak?!),

- w serwisie wm.pl widzę zdjęcie bardzo dokładnie ilustrujące tekst „Pies osaczył i zagryzł ciężarną łanię” (zupełny brak wyczucia, nie linkuję).

Aż chciałoby się niektórym dziennikarzom i innym pracownikom tworzącym media na Warmii i Mazurach zadedykować tekst Ernesta Skalskiego: „Nieuctwo, lenistwo, dziennikarstwo” („Press” 2008, nr 7).

Spaliła swoje nienarodzone dziecko w piecu

Żródło: (woj), Spaliła swoje nienarodzone dziecko w piecu, 23.03.2010, http://olsztyn.gazeta.pl/olsztyn/1,48726,7691437,Spalila_swoje_nienarodzone_dziecko_w_piecu.html.

Teraz my? Już nie…

Anita Czupryn w dzienniku „Polska” napisała, że program „Teraz my!” prowadzony przez Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego będzie emitowany na antenie TVN-u tylko do czerwca. Tę informację potwierdził Andrzej Morozowski.

Jak informuje autorka, programy publicystyczne nadawane w TVN-ie mają zostać przeniesione do stacji TVN24. Dzięki temu TVN byłby kanałem czysto rozrywkowym, a „miejscem na opinie i politykę ma być kanał TVN24″ - pisze Czupryn.

Prowadzenie programu w stacji TVN24 nie jest dla Sekielskiego i Morozowskiego kuszącą propozycją. Łączyłoby się to z mniejszą widownią i mniejszymi pieniędzmi na produkcję programu. Prowadzącym zaproponowano też kiepski czas antenowy (sobota, 13.00).

Pytanie tylko, czy szefostwo TVN-u w odpowiedni sposób zakwalifikowało program „Teraz my!”. Anita Czupryn przypomina o kilku pomysłach zrealizowanych w programie Sekielskiego i Morozowskiego:

Dla premiera Kazimierza Marcinkiewicza, który zwierzył się, że marzy o tym, aby być prezydentem Warszawy, zorganizowali Wielką Grę, którą poprowadziła Stanisława Ryster. Pawła Piskorskiego zaproszono do gry w ruletkę, gdy oświadczył dziennikarzom w Sejmie, że 134 razy pod rząd wygrał w ruletkę. W programie wzięli też udział goście z zagranicy - para amerykańskich homoseksualistów znanych z orędzia prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Czy to jeszcze „poważna publicystyka” czy już rozrywka? Może lepiej byłoby zostawić „Teraz my!” w TVN-ie, skoro ma to być stacja nadająca rozrywkę. W miarę upływu czasu talk show Sekielskiego i Morozowskiego przerodził się po prostu w show.

PS. Swoją drogą, zaczął się jakiś sezon pożegnań. I „Teleranka” nie będzie, i program „Jak oni śpiewają” ma nie być kontynuowany. Nawet Oprah Winfrey zapowiedziała, że będzie nagrywać swój talk show tylko do 2011 roku. „Teleranka” szkoda…

Trudne relacje

Dziennikarze i naukowcy dość zgodnie wyrażają przekonanie, że ich współpraca nie układa się najlepiej, ale są jednomyślni chyba tylko w tej kwestii. Najistotniejsze rozbieżności łączą się ze wskazywaniem strony odpowiedzialnej za trudne relacje. Dziennikarze winią pracowników naukowych, a naukowcy nie wyrażają się najlepiej o współpracy z ludźmi mediów. Prawda – jak to często bywa – leży gdzieś pośrodku.

Pisałam już, co mogą zrobić dziennikarze, by poprawić relacje z naukowcami (między innymi chodzi o poznawanie się, zdobywanie zaufania, o budowanie bogatej bazy kontaktów), a co z naukowcami? Być może w ogóle nie należy stawiać takiego pytania. To praca dziennikarzy polega na pozyskiwaniu informacji, na budowaniu dobrych relacji z osobami, które mogą pomóc w realizacji tematu, w tym z ludźmi nauki.

Dlaczego naukowcy mieliby dbać o kontakty z dziennikarzami? To już nie jest takie oczywiste. Dziennikarze dzwonią zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie, proszą o spotkanie natychmiast albo jeszcze szybciej, oczekują od rozmówcy potwierdzenia założonej tezy, wycinają fragmenty wypowiedzi tak, że później trudno jest poznać swoją opinię. Zniechęca to do odbierania telefonów z redakcji.

Relacje z dziennikarzami będą układały się bardziej pomyślnie, jeśli zrozumiemy, że pracują oni pod presją czasu i czekanie na odpowiedź nie jest ich ulubionym zajęciem. Warto też zwrócić uwagę na to, by wypowiedzi dla mediów były krótkie – one i tak muszą zostać odpowiednio zmontowane. Lepiej powiedzieć jedno zdanie i później usłyszeć je w całości, niż wygłosić dziesięć i mieć nadzieję, że dziennikarz wybierze właściwe.

Tym, co każdemu może pomóc w kontaktach z dziennikarzami, jest też znajomość prawa prasowego (Ustawa z dnia 26 stycznia 1984 r.) – warto zacząć od lektury tego dokumentu, by uniknąć nieporozumień.

Wielu przedstawicieli mediów (w tym mediów lokalnych) twierdzi, że redakcje są otwarte na współpracę z naukowcami, mogą na przykład publikować teksty ich autorstwa. Niewiele osób decyduje się jednak na takie działania, postrzegając je jako stratę czasu. Podobnie jest z informowaniem dziennikarzy o tym, co dzieje się na uczelni czy z odpowiadaniem na ich pytania. Pracownicy naukowi nie wiedzą, komu i czemu miałoby to służyć (poza tym, że służy dziennikarzom i mediom).

Jednym z powodów, dla których warto, by naukowcy pojawiali się w mediach, jest przedstawianie własnego punktu widzenia, własnej interpretacji tego, co dzieje się w szkolnictwie wyższym. Kiedy „Gazeta Wyborcza” opublikowała cykl artykułów pod hasłem: „Wyższa Szkoła Wstydu”, w środowisku akademickim zawrzało z oburzenia, ale niewiele osób zdecydowało się zabrać głos w debacie. Jeśli czytelnicy coś z niej zapamiętają, będą to zarzuty gazety, opinie dziennikarzy, a nie stanowisko naukowców.

Ważną kwestią jest kontaktowanie się z mediami, żeby poinformować o osiągnięciach naukowych czy o ciekawych wydarzeniach w środowisku akademickim. Publikowanie informacji na ten temat jest istotne i dla mediów, i dla uczelni, i dla lokalnej społeczności. Mieszkańcy miasta uniwersyteckiego często mają złą opinię zarówno o poziomie kształcenia, jak i o pracy naukowej, choć o jednym i drugim niewiele wiedzą, bo brakuje informacji na ten temat (a jeśli są, można odnieść wrażenie, że mają stronniczy charakter).

Warto też, by naukowcy dostrzegli nowe medium – internet. Kto nie ma ochoty pukać do drzwi redakcji, może stać się właścicielem własnego narzędzia przekazu. Blogi, fora dyskusyjne, a nawet telewizja internetowa – to tylko przykłady środków, jakie naukowcy mogą wykorzystać, by promować siebie i swoją uczelnię oraz dyskutować o sprawach dla nich ważnych. Gdyby trudności we współpracy z dziennikarzami miały być jedyną przeszkodą w realizacji tych zadań, to przecież można uniezależnić się od ich pośrednictwa.

Dla odmiany…

Tyle czekać, żeby obejrzeć niecałą minutę walki Pudzianowskiego i Najmana… Poczekałam, obejrzałam i stwierdzam, że sędziemu należy się medal za odwagę. Na walkach się nie znam, więc się na ich temat nie wypowiadam, ale nie mogę nie skomentować poziomu oplakatowania zwycięzcy: koszulka z reklamą filmu „Ciacho”, rysunek z reklamą firmy budowlanej. Jak tak dalej pójdzie, pan Pudzianowski będzie musiał dorobić sobie jeszcze trochę mięśni, żeby mu się reklamy zmieściły. To nie były mieszane sztuki walki, tylko mieszane formy promocji. Na ringu i poza nim. Udane widowisko marketingowe.

Telefon do naukowca

„Gazeta Wyborcza” od wielu lat podejmuje różnorodne inicjatywy. Do najgłośniejszych akcji należą: „Rodzić po ludzku”, „Polacy, odwagi!” i  „Szkoła z klasą”. Ostatnio „Gazeta” zajęła się szkolnictwem wyższym. Celem cyklu artykułów publikowanych pod hasłem „Wyższa Szkoła Wstydu” było rozpoczęcie dyskusji o jakości kształcenia, problemach polskiej nauki, o poziomie studentów i grzechach środowiska akademickiego.

Akcja realizowana była również w oddziałach regionalnych „Gazety Wyborczej”, w tym w redakcji olsztyńskiej. Zarówno dziennikarze, jak i naukowcy mieli okazję porozmawiać na temat cyklu publikacji podczas spotkania, jakie odbyło się w kawiarni Gazeta Cafe dziewiątego listopada. Było zaskakująco spokojnie - być może z tego powodu, że osoby najbardziej oburzone artykułami postanowiły nie brać udziału w debacie.

Jednym z podstawowych problemów poruszonych podczas spotkania była współpraca pomiędzy dziennikarzami i naukowcami. Dziennikarze twierdzą, że naukowcy niechętnie udzielają informacji, nie mają czasu na rozmowy, wykręcają się koniecznością otrzymania od przełożonych zgody na wypowiedź. W związku z tym dziennikarze mają ograniczone pole manewru i niewielką grupę potencjalnych rozmówców.

Należy jednak pamiętać, że o dziennikarzu świadczy jego notes, w którym znajdują się telefony do osób mogących pomóc przy realizacji określonych tematów. Im taka baza jest szersza, tym lepiej. Ale przecież nie sztuką jest spisać telefony do osób, których się nie zna. Budowanie bazy kontaktów wiąże się z poznawaniem ludzi i zdobywaniem ich zaufania.

Oczywiście można próbować tłumaczyć dziennikarzy. Kiedy przygotowują tekst „na wczoraj”, nie mają czasu poznawać nowych ekspertów. Pytają tych już wypróbowanych. Tyle że praca dziennikarza polega nie tylko na realizowaniu konkretnych tematów, ale i na bywaniu na ciekawych spotkaniach, na poznawaniu ludzi. Okazji do poznawania naukowców jest naprawdę wiele.

Jeśli dziennikarz ma w swoim notesie telefon do jednego psychologa, jednego socjologa i jednego politologa, to nie świadczy o jego warsztacie najlepiej. Przekłada się to na jakość artykułów, w których brakuje różnorodności opinii; zawsze pojawia się ten sam przewidywalny głos. I co najdziwniejsze, krytykowani przez opinię publiczną są „dyżurni eksperci”, a nie dziennikarze wybierający wciąż tych samych rozmówców.

Czy rzeczywiście naukowcy tak opornie współpracują z mediami? Chętnie zobaczyłabym statystykę pokazującą, ilu z nich odmówiło dziennikarzom komentarza. Dowodem na to, że specjaliści chcą pojawiać się w mediach, są serwisy takie jak: „Eksperci dla Mediów” czy „Zapytaj Ekspertów”. Nic nie stoi na przeszkodzie, by pojawiali się tu również naukowcy. W tak niewielkim środowisku, jakim jest olsztyński uniwersytet, serwis „Zapytaj naukowca” chyba nie jest potrzebny.

Póki dziennikarze nie zmienią swojego warsztatu, rozwiązanie jest jedno: naukowcy muszą sami docierać do mediów (oczywiście jeśli mają ochotę). Media są otwarte na takie inicjatywy. Tylko trzeba pomyśleć o konsekwencjach.

Kilka lat temu do radia Tok FM zadzwonił politolog z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach - Marek Migalski. Powiedział, że nie zgadza się z przedstawioną na antenie wypowiedzią eksperta i chciałby zabrać głos. Dziś jest posłem do Parlamentu Europejskiego. A zatem trzeba być przygotowanym na rozwój sytuacji.

Taki trynd

Taki trynd panuje w serwisach internetowych, że walczy się o klikalność. Bo klikalność przekłada się na pieniądze z reklam. W tym celu Gazeta.pl w bloku „Najczęściej czytane” łączy linki do działu Wiadomości z linkami do tego, co pisze Plotek.

Ale „Gazeta Olsztyńska” chyba za bardzo się przejęła podnoszeniem klikalności. Na głównej stronie serwisu internetowego tejże gazety, w dziale Multimedia, umieszczono link (z krótkim opisem) do materiałów na temat podwieszania człowieka na hakach. Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że
jest tu ostrzeżenie o drastyczności zdjęć.

Po co serwisowi internetowemu „Gazety Olsztyńskiej” taki materiał? Po to, żeby była klikalność. A że informacja jest w towarzystwie informacji o wizycie ambasadora Mali, a gdzieś tam obok zdjęcia rodzinne czytelników. Nic to, wszystko się upchnie. I podwieszanie na hakach, i nadanie imienia szkole w Nowej Wsi.

„Super Expressem” zajechało. A może nawet „Faktem”.